Podróż nie była łatwa. Francuzi nie są łatwi :o)) Niewiele póki co widziałam.

Zaraz po przyjeździe wyruszyłam na żer i w poszukiwaniach sklepu załapałam się na jarmark. Był koncert (polecam YMCA we francuskim angielskim – bajka), fajerwerki, rozwrzeszczane dzieci, roześmiani ludzie. Bardzo ciekawie.

 

Następnie, pożywiwszy się chipsami i wodą, bo były to jedyne nadające się do jedzenia produkty, jakie znalazłam o tej porze w okolicy, wdychałam przez kilka godzin zapach remontowanego domu. Polecam na przyszłość, naprawdę – rewelacja. Można mieć nawet lekkie halucynacje! Zaczęłam sobie przypominać wszystkie horrory, jakie widziałam, z opuszczonymi domami i potworami w nich zamieszkałymi, w roli głównej. Udało się. Wyobraźnia zrobiła resztę. W efekcie, spędziłam ostatnia godzinę oczekiwania przed domem na schodach.

 

Teraz siedzę w ogrodzie, rozglądam się wkoło i zastanawiam się, czy mogłabym tu mieszkać. Pomijam dom (już inny, bez potworów), w którym panuje taki bałagan i syf, że za każdym razem, kiedy czegoś dotknę mam ochotę wziąć prysznic. Ale to tylko trzy dni. Dam rade. Potem, mam nadzieje, że będzie lepiej.

 

A jutro, na podbój Paryża!!