kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

Byłam wczoraj u fryzjera. Było cudownie. Jako jedyna klientka zasiadłam na fotelu gotowa na METAMORFOZY. Obsiadły mnie wszystkie pracujące tam panie z właścicielką włącznie. Zaczęły elegancko obrabiać dupę wszystkim przechodzącym ludziom, a także paniom pracującym z nimi (których akurat rzecz jasna nie było w pracy). Pięknie było. Achh.

Jutro będą mi pobierać krew. NIENAWIDZĘ pobierania krwi. Zastrzyki? Ok. Nie mam nic przciwko. Ale wbijanie igły w żyłę i ściąganie w strzykawkę krwi tam płynącej? Zbyt wiele.
Krew pobierali mi może ze dwa razy w życiu i na samą myśl, że znowu będę musiała nadstawiać rękę, aż mnie skręca. NIE ZNOSZĘ. Brrrrrr.

Za to M. zabiera mnie dzisiaj na zakupy. No bo przeciez MUSZĘ jakoś odreagować te jutrzejsze stresy. Innego wyjścia nie widzę. Bo jutro nikt mnie nie będzie za rękę trzymał… :o(


P.S. M. ma taki zwyczaj, że jak je coś na kanapie. W sumie, to nieważne, czy je, pije, korzysta z laptopa, generalnie wykonuje czynność za pomocą przedmiotu, który po jakimś czasie WYMAGA ODSTAWIENIA, to beztrosko mi ten przedmiot (kiedy już mu się znudzi) podaje z tekstem: „odłożysz?”. Bo ja mam bliżej do szafki.


I dzisiaj, kiedy to nie wytrzymałam i zrobiłam mu awanturkę (a co!)


- Zawsze wszystko mi dajesz!! A wstać i sam odłożyć nie możesz? Jakieś talerze, kubki, komputer. Wziąłeś, to chyba możesz odłożyć, a nie, dajesz i dajesz.

- Cause I’m a giver.


No i jak ja mam sie na niego gniewać… Echhh.

uffff

2 komentarzy
No i jest ta sobota. Tak?
Wyleguję się na kanapie, na kolanach książka, laptop, oglądamy z M. „Chaos”. Pięknie jest.

Zrobiłam sobie co prawda krótką przerwę w wylegiwankach, kiedy to przed oczami przeleciał mi ogromny koci kołtun i stwierdziłam, że NIE! Nie dam rady wysiedzieć w tym syfie. Po czym posprzątałam tylko salon. No co? Jest sobota, tak? Resztę mieszkania posprzątam później, jak dojrzeje we mnie ta myśl.

M. nie wrócił wczoraj za późno, więc albo ta kochanka nie jest za bardzo, albo rzeczywiście był w pracy. Niby dowody są, w postaci tej niespodzianki, ale nigdy nie można być zbyt pewnym. Będę czekać na rozwój sytuacji. Za dwa tygodnie wyjeżdża „służbowo” do Niemiec… Mhmmmm… :o)

Zołza strasznie się panoszy dzisiaj. W sumie rzeczywiście często ją ostatnio zostawialiśmy samą w domu (do Animalsów: zawsze na nie więcej niż 48h). Robi obchody, zwala się na człowieka, każąc się wielbić i głaskać i do tego mruczy. No jak tu nie pogłaskać tego mruczącego kaloryfera (przypominam, że za oknem stopni 31. Zupełnie jakby lato na koniec postanowiło jednak wykrzesać z siebie odrobinę żaru).

Wczoraj przez całkowity przypadek trafiłam na wybory miss świata (universum, wszechświata, północnej półkuli, nastolatek, czy jakie tam jeszcze są te konkursy) i zdziwiona obejrzałam, jak miss egipt odśpiewując „you are beautiful” wprowdza na scenę resztę kandydatek w strojach wieczorowych (nasza Polka – taka sobie). Wytrwałam do końca piosenki i musiałam przełączyć w momencie, kiedy wszystkie zaczęły jakiś skomplikowany układ, bo już nie zdzierżyłam. Ale się to wszystko pozmieniało. Kiedyś, o wyborach miss wiedziało się cztery miesiące wcześniej i cała noc z zapartym tchem oglądało, jak piękności eksponują swoje wdzięki. A teraz? Gdzie się podziały te czasy młodości… Gdzie te priorytety… echhhh :o)

Ufff, jaki ten kot gorący, chryste panie.

Idę otworzyć sobie piwo. Już po 12, więc to nie alkoholizm!

koko w oko

1 komentarz

Planów na weekend nie mam żadnych. Delektuję się tym słowem – ŻADNYCH! :o))
Zamierzam wylegiwać się, jeść, czytać, oglądać to, na co przyjdzie mi ochota i generalnie NIC, A NIC nie robić!!!

Pomijając to, że skandalem jest to, że nadal siedzę w pracy. W piątek powinno się kończyć najpóźniej o 15:00!!

Rozmowa z M.:

- Kochanie, nie czekaj na mnie. Nie wiem o której wrócę z pracy i ile jeszcze będę musiał tutaj siedzieć, ale za to wrócę z niespodzianką.
- A co się dzieje?
- Nie będę teraz z Toba o tym rozmawiał.

Jak nic ma KOCHANKĘ!! To jest pewnie ta niespodzianka.

robocze przemyślenia

1 komentarz

Tak sobie siedziałam dzisiaj w pracy (od 7 rano) i myślałam…

Trzebaby jakiś urlop niedługo trzasnąć. Co?

uga buga

2 komentarzy
Ok, nie mam za bardzo weny i tak się zastanawiam, co napisać.
Wydarzyło się doprawdy wiele.
Co poniektórzy zdążyli w tym czasie zmienić stan cywilny (z naszą asystą, poniekąd, bo nie zdążyliśmy dojechać do kościoła…). Trochę się wypiło, potańczyło, posłuchało diskopolowych kawałków weselnych. Najlepiej, to bawili się chyba rodzice, bo tata Wild wywijał nogą aż miło patrzeć („gdy się ma trzydzieści lat”).

Najgorsze z tego wszystkiego było to, że trzeba było tam dojechać. A ja bardzo nie lubię jeździć na kacu. Zwłaszcza po WSZYSTKICH wioskach po drodze z Ostródy do Warszawy. Podróż zamiast 3ech zajęła 5 godzin, a kierowca wszędzie przepisowo stał 10 minut, nawet wtedy, kiedy żywy duch nie pojawił się na horyzoncie. Ten stał. A co. A to do drzewka sobie podszedł, a to się przy maryjce pomodlił. Śpieszy się Wam gdzieś? To se trzeba było samochodem pojechać, a nie!

I tak to się porobiło. 

Teraz na szczęście w najbliższej przyszłości nie mamy weselnych planów. I dzięki Bogu, bo zmęczona jestem po ostatnich wojażach. Człowiek się też najeździł, nastał w tych korkach, niewyspał. A ja tak lubię spać i nicnierobić. Jest to moje najulubieńsze zajęcie na świecie.

Za to polski bus – bardzo. Nie dość, że podróż miła, szybka i bez niepotrzebnych przystanków. To jeszcze kierowca dowcipny i pełen profesjonalizmu:

- Drodzy Państwo jesteśmy w Ostródzie. Zrobimy sobie teraz piętnastominutową przerwę, która nie powinna trwać dłużej niż minut dwadzieścia pięć.
Plany na dzisiaj mam nad wyraz ambitne.
Otóż:

* Wypić piwo.
* Poczytać.
* Położyć się wcześniej spać.

Poniedziałkowego powrotu tak naprawdę nie odespałam aż do tej pory. Trochę się snuję, muszę przyznać. Dzisiaj mam wreszcie popołudnie, kiedy to mogę wyciągnąć nogi, wypić piwko i nie musieć nigdzie łazić. Generalnie, nie musieć NIC. O.
A teraz idę, oddawać się swoim zajęciom :o)

Oj, było ciężko.
Tylko ostatni idiota rusza tyłek z domu w długi weekend, a potem wraca POPOŁUDNIOWYM autobusem razem z CAŁĄ Warszawą (prawda Kochanie?). Noooo, więęęęęęc ja postanowiłam, ze właśnie tak zrobimy! I co? I pstro.
Autobus przyjechał z ponad godzinnym opóźnieniem, więc morale na starcie sięgało zenitu (oj dobra, mogło być gorzej. Kiedy optymistycznie podeszliśmy do kolejki czekających do autobusu, który przyjechał o naszej planowej godzinie pan kierowca wesoło zaprzeczył jakoby by był tym autobusem o 16:15. On miał wyruszyć stąc o 14:45!! Po czym wesoło ogłosił 20 minutową przerwę. A jak!).
Podróż była fantastyczna, zwłaszcza, kiedy kierowca postanowił obwieźć nas po Warszawie. Przyjechaliśmy z 3godzinnym opóźnieniem, ale co tam, przecież KAŻDY miał czas i ochotę na wycieczki krajoznawcze. Przejechać wisłe w tę i z powrotem (jeszcze nigdy w tak krótkim odstępie czasu nie pokonałam wisły w obie strony) i to dwoma różnymi mostami. M. stwierdził, albo w ramach REKOMPENSATY kierowca pokaże nam trochę Warszawę, albo postanowił porozwozić nas wszystkich do domu (albo po prostu ma ciocię na pradze i właczył autopilota). krótko mówiąc – było WESOŁO.
W domu wylądowaliśmy o 00:30 (a mieliśmy być koło 21) ledwo żywi. Cudowny to byl dzień i jestem z siebie bardzo dumna. Na następny długi weekend zafunduję nam taką samą wycieczkę.
W przyszłym roku kupuję samochód – pierdolę. Przynajmniej będę stać w korkach w swoim :o)

Trochę mi ten powrót zepsuł radość z weekendu. Podwójny kac, sobota w Warszawie i panieńskie podrygi, niedziela w Elblą i irlandzkie podrygi, poniedziałek w drodze i podrygi na siódemce.

A dzisiaj siedzę w pracy jak śnięta ryba. Oczy mi się same zamykają i nie mam juz  komu marudzić, że mi się NIE CHCEEEE TAK STRASZNIEEEE, bo nikomu nie chce się już tego słuchać. A jeszcze po pracy jadę wpizdu daleko do Wild, bo w ferworze browarków i różówego brokatu zostawiłam u niej swojego ajfona. Echhh, życie. Dobrze, że mam pratchetta, który mnie będzie w drodze zabawiał.

Ja chcę na URLOOOOP!!!!!!!

hej! siup!

1 komentarz

Włosy mnie się dzisiaj krzywo ułożyły na głowie i odczuwam dyskomfort skóry na czaszce.
Na szczęście w piątek ide do fryzjera zrobić z tym porządek, bo już nie mogę.

A poza tym, to w sumie nic nowego. Spać mi się chce – norma, nie chce mi się pracować – też nic dziwnego.
Weekend mnie tylko pijański czeka jak nie wiem. Moja wątroba już zbiera siły, ja chyba też… a przynajmniej powinnam, ale nie mam kiedy.

Jezusie przenajświętszy jakżeż ja męczę, tę „Białą Masajkę”. Co za flaki, Chryste Panie. W międzyczasie dwie książki zdążyłam przeczytać. Odłożyłam, jakoby to na później, w wolniejszej chwili, ale tak mi szkoda na to czasu. Problem ze mna jest tylko taki mianowicie, że nie znoszę odkładać nieprzeczytanych do końca książek.
Ja wiem, tracę wiele, bo przecież w tym samym czasie mogłabym przeczytać trzy wspaniałe powieści, a nie, marnować życie i młodość na białe masajki. Ale chyba dam jej jeszcze mała szansę.

I pomyśleć, że chciałam swojego czasu obejrzeć ekranizację. Pffffff.

Zaraz idę się elegancko odchamić w towarzystwie E. Na browarka oczywiście. Zaraz po tym, jak POKAŻĘ szanownym Państwu z ZTMu, że nie jestem oszustem i piratem i jak jeżdżę to z biletem, nawet jeśli chwilowo nie mam go przy sobie.


  • RSS