kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

„Istota płci żeńskiej, z boskiego nakazu, nie doznaje pożądania cielesnego i jej duchowe i uczuciowe spełnienie znajduje wyraz w naturalnym doświadczaniu macierzyństwa i w pracach domowych”.

No!
I to by było na tyle.

Wesołego Dnia Chłopaka!

zamrażalnikowy korek

1 komentarz
Dzisiaj rano WSTAŁAM O 06:30 mimo iż do roboty miałam dopiero na 10:00!! Wstałam w wielkich bólach, w poczuciu obywatelskiego obowiązku (chociaż słowa, które cisnęły mi się wtedy na usta nie były szlachetne – bynajmniej) i pojechałam z M. do urzędu miasta. Tak. Całą sprawę (z wejściem i wyjściem włącznie) załatwiliśmy w 3 minuty!! Poważnie! Sama jestem w szoku. Jeszcze NIGDY nie poszło mi w urzędzie tak sprawnie.
Natomiast jeśli chodzi o komunikację miejską – tutaj nie było zaskoczenia. Autobus nie przyjeżdżający przez 45 minut? Przed 9 rano? Phi, wielkie mi co. Ktoś do pracy na tę godzinę w ogóle chodzi? Tja…

Z przykrością stwierdzam, że poranki są… rześkie. Mimo iż pogoda nas trochę ostatnio rozpieściła, to rano jest zimno.

Kupiłam sobie dzisiaj buty! Cudowne są! Takie trochę kowbojki (ale tylko troszeczkę), na obcasie. Cudo! Polowałam na nie już czas jakiś i w końcu się zdecydowałam

No i zepsuła nam się lodówka. W sumie to nie cała, tylko drzwiczki od zamrażalnika nie chcą się zamykać, więc M. pokombinował, pokombinował, znalazł w szufladzie korek, uciął kawałek i teraz mamy zamrażalnik zamykany za korek. Słabo? Dla mnie bomba.

Byliśmy na tym weekendowym wywczasie u rodziców moich własnych. Pogoda śliczna, porelaksowaliśmy się.
Droga powrotna nie była już tak relaksująca, ale na szczęście szybko minęło.

Siedzę teraz w robocie i zastanawiam się nad swoją przyszłością. Bo opcji jest parę, ale żadna jeszcze nie sprecyzowana.
I np. jakby mi kazali przeprowadzić się do Niemiec, to nie byłabym zachwycona. To ja już wolę ten Gdańsk, no ew. Szczecin – ujdzie (z bólem, ale ujdzie), ale Niemce?… Nie wiem doprawdy jak mam się odnieść do tego pomysłu. Czysto hipotetycznego, oczywista.

No, a poza tym, to urlop już sobie wybrałam i ide niezależnie od decyzji małżonka. Później już nie będzie kiedy, najpewniej. Bo u mnie w pracy okres zimowy jest w odróżnieniu od temperatury – gorący i urlopy najczęściej są cofnięte. Także – zapomnij człowieku o wygrzewaniu zmarzniętych kości w ciepłych krajach, w np. lutym – mowy nie ma.

Szykuje nam się wyjazd integracyjny. Z paintballem… Nie jestem pewna, czy wkładanie broni w ręce co poniektórych to dobry pomysł. Nawet jeśli amunicja nieostra. Mimo to z chęcią przyjrzę się wynikom tych zabiegów.

nie ma coca coli

2 komentarzy
Jutro znowu osierocamy Zołzę i wyjeżdżamy na weekend. Znowu się na nas obrazi śmiertelnie i nie będzie się odyzwać DO MNIE, bo oczywiście M. to ją będzie miał na kolanach łaszącą się i mruczącą już po 5 minutach od wejścia. To ja jestem od bycia obrzucaną fochem i gryzienia. Mała wredna…

Miałam dzisiaj przemyślenie po powrocie do domu. Bo znowu latałam, jak nie przymierzając kuchta, wyczarowując magiczny posiłek z niczego dla dwojga (kto robi zakupy przed wyjazdem?). A powinnam była walnąć się na kanapie i po przyjściu męża z pracy stwierdzić, że padam na cycki i generalnie nie mam siły ugotować obiadu, więc niech se radzi, a jak poradzi, to jeszcze i mnie nakarmi. No bo co w końcu kurcze blade!

W ogóle, to żołądek przyssał mi się dzisiaj w pracy do kręgosłupa i groził, że go przebije, jak mu nie dam czegoś do trawienia. Ruszyłam więc na żer i wróciłam z gorącym kubkiem (kurkowa z makaronem) i snickersem. No bardzo rozsądne zakupy, doprawdy. Wypróbowałam ten gorący kubek (nie jadłam dobrych parę lat) i głęboko się rozczarowałam. Smakuje jak kostka rosołowa rozpuszczona w gorącej wodzie. Makaronu było trochę, ale na dnie i jak już do niego dodtarłam, to nawet mi się nie chciało wysilać. A snickersa nawet nie zjadłam po tym kubku.

Cieszę się na ten jutrzejszy wyjazd. Ale chciałabym się już wreszcie wyspaaaaać!

No i ten urlop muszę wreszcie wybrać, noooo. Bo nigdy nie pójdę!

Dobra, idę myć żyrandol, bo taka okazja trafia się raz na parę lat.

joł

1 komentarz


No i nie mogłam się zalogować na blog.pl, a jak nic dopadła mnie WENA. I co tutaj robić skoro się człowiek nie może twórczo rozwijać? Iść pod budkę na piwo chyba.



Kolega od mycia butów gąbką chodzi dzisiaj z opatrunkiem na całym oku i z tego oka, to jemu coś cieknie (blee). Jak nic ktoś inny niż o. przyłapał go jak sobie w kuchni czyścił obuw i dostało się, typkowi. I nawet nie było mi go żal! O! 


Dzisiaj idziemy do Kruka wykłócać się o zmianę rozmiaru obrączki w gratisie, bez paragonu. Zgubiłam go gdzieś. Ja wiem, tyle się słyszy o głupich babach, co to gubią ważne rzeczy i właśnie wczoraj wyszło na jaw, że jestem jedną z nich. A szkoda, bo miałam siebie za dość dobrze zorganizowaną, ale cóż zrobisz. Nowa wiedza zawsze się przyda.
 

Jutro wydaje proszony obiad i nie za bardzo mam pomysł co ugotować. Może w ogóle zbojkotuję go i krzyknę staremu, jak wróci z kolegą z pracy, żeby se zamówili piccę, po czym owine się szalem boa i pójdę z dziewczynami grać w pokera… Jest to jakaś myśl… Hmmm…
 

Mam ostatnio dobrą rękę do komedii romantycznych. W momencie, kiedy stwierdziłam, że kino schodzi na psy, zdarzyły mi się dwa kwiatki.
Pierwszy to „Friends With Benefits” (polskie tłumaczenie – to tylko sex. Nawet nie bedę tego komentować, bo wiele już się powiedziało o możliwością polskich tłumaczy).
Drugi, to „Morning Glory”. Wiem, że w miarę stare, ale ja dopiero obejrzałam.I muszę stwierdzić, że oba filmy – BARDZO. Przywróciły mi nadzieję. Jak jeszcze „Colombiana” okaże się warta swego, to już w ogóle znowu będę optymistką idąc do kina.
 

W tym roku październik ma 5 sobót, niedziel i (niestety) poniedziałków. Zdarza się to raz na 823 lata :o)

co by tu zjeść na obiad…

1 komentarz
Nie wyspałam się w ten weekend. Może w następny…

Wesoła rzecz dzisiaj w pracy. O. „przyłapała”, jak jeden z „kolegów” z piętra czyścił sobie buty gąbką do zmywania naczyń, po czym odłożył ją na miejsce przy zlewie. Zastanawia mnie, CO taki typ sobie myśli, kiedy ODKŁADA BRUDNĄ GĄBKĘ przy zlewie, gdzie oczywistym jest, że ludzie użyją jej do umycia naczynia, albo sztućca!!! Naprawdę, chciałabym poznać jego tok myślenia. Czy wydaje mu się, że to ZABAWNY DOWCIP kiedy ktoś zje z talerza umytego gąbką w błocie z jego buta? Nie rozumiem takich ludzi!! Jak można w ogóle pomyśleć o czymś takim?!
Ja wiem, że wspólne dobro, to żadne dobro, ale przecież możemy jakoś współegzystować i starać się nie np. nie wrzucać gówna z własnych butów do czyjegoś jedzenia. 
To samo się tyczy wyrzucania fusów z ekspresu, wymiany kartonu z mlekiem lub najprostszego na świecie wytarcia po sobie blatu! Po co się przejmować, niech się martwi ten, kto przyjdzie po mnie.
No, ale nowe użycie gąbki przebija to wszystko na głowę. Ciekawe co jeszcze się tam dzieje za moimi plecami.

Miałam to zrobić dzisiaj, ale skończył się toner w drukarce. Zamierzam jutro wydrukować i powiesić nad zlewem kartkę, że gąbka do naczyń nie służy do czyszczenia obuwia. Miałam użyć imienia idioty, ale chyba nie będę aż taka…
Nie muszę chyba dodawać, że już NIGDY więcej nie umyję w pracy naczyń gąbką. Chyba sobie kupię własną.

almost weekend

1 komentarz

Zimno się robi.

Dopadła mnie jakaś skleroza. Zapominam o tym co robiłam, np. rano. I to nie tak, że hmmm, co to ja… Tylko taka KOMPLETNIE CZARNA DZIURA. Zupełnie jakby NIC się nie wydarzyło. I nawet jak się skupiam i próbuję sobie przypomnieć, to mój mózg odmiawa posłuszeństwa i ani myśli robić COKOLWIEK. I ja mu się nawet nie dziwię.

Bo mnie też się nie chce. 

NIC!

Więc zapuszczam sobie „kobiety” i idę prasować mężowi koszule. A co!! Taka jestem wyemancypowana!!

cherry cherry lady

1 komentarz

Wróciłam z pracy do domu i co?

Położyłam się na leżaku, nad basenem z drynkiem w ręku?

Położyłam się na hamaku z książką i relaksowałam wsłuchując w odgłosy natury?

Nawet, chociażby usiadłam przed telewizorem i obejrzałam coś godnego uwagi lub nie?

Nie!

Otóż, ja wróciłam i zaczęłam sprzątać.

Znowu.

ZNOWU!

Zupełmnie nie wiem dlaczego, po paru godzinach to mieszkanie zaczyna znowu przypominać chlew. Za dużo tutaj rzeczy, za mało wolnego miejsca. Zmiany są na horyzoncie, więc zaczyna letko mnie uwierać obecna sytuacja mieszkaniowa.

Pewnie stąd też moja awersja do sprzątania. Bo ileż można i jaki jest tego cel?


A poza tym, to wszystko w porzo.

sunny Sunday

1 komentarz

No i tak sobie siedzę. Czuję się lekko ogłuszona, oczy mi się kleją, ale kataru nie ma i generalnie jest ok. Zaraz jedziemy na obiad do teściowej, bo w domu niewiele jest do jedzenia (a poza tym, komu by się chciało gotować), a teściowa gotuje dobrze i dużo. No to idziemy.

Będę pewnie letko nieprzytomna i zamknięta w swoim odurzonym świecie, ale co tam :o)


Wild pojechala dzisiaj do Portugalii… Echhh… Też bym pojechała.


Tymczasem jakoś tak się zastanawiam. Mamy już wrzesień. Co prawda weekend ładny, ale nie oszukujmy się. Tydzień był brzydki i padało i wogle bleee. I podobno cała jesień ma taka być. I tak sobie myślę, że do zimy coraz bliżej. I z drżeniem oczekuję na pierwszy duży opad śniegu i zaskoczonych drogowców. W zeszłym roku przebijałam się przez zaspy w jesiennej kurtce i adidasach, bez żadnej czapki, czy czegokolwiek. Byłam wściekła na B. i chciało mi się płakać, że mnie do takiego marszu zmusił, ale dzięki jego pomysłowi dotarłam do domu w niecałe 1,5 godziny (część przejechałam autobusem jadącym 10 m/h, spoko), a nie jak M., który postanowił przejechać się z kolegą samochodem, bo będzie „szybciej i wygodniej” i dotarł do domu w 4h i w domu był o 22 (a grał real madryt wtedy). Ciekawe, co wymyślą w tym roku… 

Wyszłam na chwilę z letargu.

Otóż zachorowałam trochę. I poszłam do lekarza, bo taka jestem dorosła i odpowiedzialna. Doktor stwierdził, że nie da mi zwolnienia, bo:

- „Po tych tabletkach, co je pani zaaplikuję, do jutra będzie pani jak nowa”.

No to wróciłam do domu, łyknęłam tabletkę, wypiłam rozpuszczoną maziaję (która pachniała ładniej niż smakowała) i straciłam przytomność na trzy godziny. Tak po prostu. Pyk i już.

Obudziłam się z lekka naćpana, ale ze znacznie mniejszym katarem i generalnym poczuciem OGŁUSZENIA, ale luz. Do jutra chyba rzeczywiście poczuję się lepiej. 

Wygląda na to, że wynaleźli wreszcie lekarstwo na katar, tylko jakoś wszyscy to przede mną urkywali.


Przeczytałam już psychopatów. Świetny wybór lektury na bycie zostawioną przez męża. Zwłaszcza, jak wracałam o 24 i nie mogłam znaleźć klucza w torebce (phi), a pobliskie krzaki szeleściły i walnął piorun. Mmmmmmm.

Muszę nadgonić lektury, bo mi rośnie zapas nieprzeczytanych, a już ostrzę zęby na następne.


Poza tym odkryliśmy dzisiaj z M. najlepszą pizzę ever. Zupełnie przez przypadek. Domino’s się nazywa (nie mylić z dominium). Dostarczają gorącą (aż parzy), w bardzo krótkim czasie. Jest grubiutka, z mnóstwem dodatków (nażarłam się marnymi dwoma kawałkami) i pyyyyyyyszna.

  • RSS