kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011


Kot okazał się prawdziwym miłośnikiem fotografii. Zjadła już jedno zdjęcie i ma ogromną chrapkę na resztę (TAK! Postanowiłam WRESZCIE wywołać wszystkie zdjęcia!). Dzisiaj o 6 rano obudził nas łomot wywołany przez kota wspinającego się na najwyższą półkę ze zdjęciami. Musiałam je zamykać w szafce. Nie wiem, co zrobię, jak będę je chciała oprawić w ramki i postawić gdzieś niżej…


Jutro znowu wolne. Bardzo dobrze przemyślany powrót z urlopu.


Tymczasem piwko w dłoń i ciągniemy siódmy sezon „Przyjaciół”, ktorymi zdążyłam już zarazić M. Znowu!! :o)
Chciałam dzisiaj rano postrzelać do kurczaków. I okazało się, że płyta pękła. Tak po prostu, sama z siebie pękła w pudełku. Jasssne!
Człowiek nawet nie może wirtualnie wyładować agresji na drobiu raz na parę lat, bo jak już się zdecyduje, to okazuje się, że wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko i dupa zbita. W związku z czym zakupiłam sobie grę na allegro. O! Ja nie dam rady?

Pogoda taka piękna, że żal w domu siedzieć, więc trzeba będzie wyciągnąć Starego na jakiś spacer. Niech se nie myśli!

Na koniec mała anegdotka od E.:

„Następnym razem, kiedy utknę w windzie z paroma przypadkowymi osobami, to odwrócę się w ich stronę i powiem: Pewnie zastanawiacie się, dlaczego was tutaj wszystkich zebrałem…”

:o)
Wyjazd muszę powiedzieć, że udany. Hotel, super, ludzie zachowywali się przyzwoicie (z maluteńkimi wyjątkami). Koniecznie musimy z M. pojechać tam, kiedy tylko pogoda zrobi się o wiele bardziej przychylna. Teraz to mam ochotę spakować walizki i wyprowadzić się w jakiś przyjemniejszy klimat, na najbliższych pięć miesięcy.

Dwie godziny snu, to również zbyt mało, żebym była w pełni sił intelektualnych i fizycznych. Jak mnie M. zabrał wieczorem na zakupy, to starałam się nie mrugać za bardzo, bo groziło to zaśnięciem na stojąco. Ale mus, to mus. Nie miała jaka kobieta zadbać o chłopa, jak siedział sam w domu, to i lodówka przywitała pustką i zimnym powietrzem. Ale nie narzekam. Gorzej by było, gdyby jakaś obca baba o tego mojego chłopa jednak zadbała ;o)

Dzisiaj się wyleguję (przez najbliższy tydzień zamierzam robić to samo w mniejszym lub większym stopniu) i nawet obiad zrobi M. Tak! Taka jestem wyzwolona, że nie będe gotować :D
Mieszkanie wysprzątane, „Przyjaciół” rąbię już czwarty sezon (odcinek, w którym Joey uczy dozorcę tańczyć) i dzisiaj po raz pierwszy mam dzień, kiedy nic nie muszę robić. Bardzo mi z tym przyjemnie. Mogłabym tak mieć już zawsze.

Zmienili godzinę wyjazdu integracyjnego z 9, na 8, co oznacza, że będę musiała wstać o godzinę wcześniej, a to mi się już nie podoba! Znowu będę miała okazję obserwować to interesujące zjawisko ludzi spuszczonych ze smyczy. Nie wiem, co to za syndrom, że z reguły cywilizowani ludzie, kiedy tylko pojawia się hasło „picia za firmowe pieniądze” zaczynają zachowywać się jak zwierzęta. Może to jakaś korporacyjna klątwa?

say it don’t spray it

1 komentarz
Co robi człowiek w pierwszy dzień urlopu? Otóż, człowiek pierwszego dnia urlopu sprząta. Dawno o tym nie pisałam.
Ponieważ zanim M. weźmie urlop mam trzy dni on my own, to postanowiłam spędzić je tym razem konstrutywnie. Nie tylko wylgiwać się na kanapie i oglądać „Przyjaciół”, albo czytać Simona, nie. Tym razem postanowiłam zrobić GENERALNY PORZĄDEK. Jestem właśnie po wysprzątaniu salonu i odkurzeniu mieszkania. Zajęło mi to „tylko” trzy godziny. Ale za to wytarłam WSZYSTKIE książki. A nie mam ich mało. W trakcie odniosłam wrażenie, że jest ich dużo więcej niż w rzeczywistości. Tak się kulą na tych półkach, mizerotki.

Kot na mnie dziwnie patrzy… Jak psychopata trochę… Pewnie chce dokończyć to, co zaczęła z moim palcem. Samo zbicie jej nie wystarcza.
Albo chce się zemścić, bo postanowiłam w końcu wyrzucić jej kolekcję gumek do włosów (na punkcie których ma obsesję) i zostawiłam tylko dwie najświeższe.
Fajnie jest nie mieć w pracy Internetu przez pół dnia (nie mieli go wszyscy poza nami, my mamy iplusa). Oczywiście wszycy poszli do domu, tylko my musieliśmy pracować. Bo my ZAWSZE musimy. Bez nas ta firma nie pociągnęłaby długo. I taka jest prawda! I mówcie sobie co chcecie!

W ogóle piątek to bardzo ładny dzień na awarię Internetu. Informatycy jakby tak nie spieszyli się z naprawą. Udało się o 14:00, a o tej godzinie to nie opłaca się już nic zaczynać. 
Nawet lubię pracować, jak nikogo nie ma w firmie. Jest tak miło i spokojnie. Nikt się nie pałęta po korytarzach i jakoś tak… Lubię.

Palce się już prawie zagoił. Nie było tak źle. Już nawet obrączkę mogę na nim nosić. Trochę ją dzisiaj wciskałam, ale weszła.

Beckett cudowny, ale po drugiej książce zrobił się przewidywalny. Zaczęłam trzecią i mam nadzieję, że zerwie ze schematem i zaskoczy czytelnika. No i niestety znowu będziemy go sobie z M. wyrywać z ręki i straszyć, że zdradzimy zakończenie :o)

Okres nicnierobienia czas zacząć!

z pamiętnika animalsa

Brak komentarzy

Zbiłam sobie serdeczny palec prawej ręki. Jak? Zapytaliby troskliwi ludzie. Otóż. Zbiłam sobie palec próbując uderzyć kota…
TAK! Znęcam się nad zwierzętami i cieszę się, że wreszcie mogę to powiedzieć głośno!
SOMEONE CALL 911!
Koci bóg, czy jakaś inna siła wyższa pozwoliła, by ta wstrętna kreatura ugryzła mnie w stopę do krwii, a nie pozwoliła mi poczuć słodkiego smaku zemsty.
Za to spóźniłam się na piwo z Wild, bo musiałam iść do lekarza, robić roentgen i generalnie szlajać się po Mariottach, zamiast kosztować zimny trunek w miłym towarzystwie.
Na szczęście odbiłam to sobie później.

No i nie moge nosić obrączki, bo mam opuchnięty palec… Jakoś głupio się czuję… Przyzwyczaiłam się już chyba :D

Bardzo dobre białe winko. Zmrożone, dokładnie tak jak chciałam.

Oglądam drugi horror dzisiaj i stiwerdzam, że nie robią już dobrych horrorów. Pierwszy „Episode 50″ był tak żenujący, że przełączyłam po 30 minutach, bo szkoda życia na takie pierdoły. Teraz włączyłam „Grave Encounters” i omg temat jest dokładnie taki sam. Grupa badaczy zjawisk paranormalnych postanawia spędzić noc w szpitalu psychiatrycznym, żeby potwierdzić, czy rzeczywiście jest nawiedzony. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie pomyliło mi się i nie włączyłam drugi raz tego samego filmu. 
Różnica polegała na tym, że w pierwszym filmie nacięli się na 50 epizodzie, a w drugim już na szóstym „something went wrong”.

Please!

Zaraz chyba przełączę na starych dobrych ghost busters.

Jutro wielkie głosowanie, a ja postanowiłam, ze w tym roku kupię sobie UGGi. Jeszcze nie wiem, czy wełniane, czy tradycyjne. A może obie… 

the FRIEND zone

2 komentarzy
Czy jeśli o 7:40 rano nachodzi człowieka ogromna ochota na kieliszek zmrożonego białego wina, to znaczy, że ma problem z alkoholem? Bo ja tak dzisiaj miałam. A na dodatek, nie przepadam za białym winem, wolę czerwone.

No i mrozi się teraz. Czeka na mnie.

Oglądam tych „przyjaciół” po raz setny i zadziwiające jest, że za każdym razem zauważam rzeczy, których nie widziałam wcześniej. 
Nie lubię dowcipów, ale ten, który E. powiedziała mi wczoraj po prostu rozwalił mnie na łopatki.

- dlaczego ania spadła z huśtawki?
…..
- bo nie miała rączek.


- PUK, PUK. Kto tam?
- na pewno nie ania…

No, a poza tym pobierali mi dzisiaj krew. ZNOWU. Tyle się nasłuchałam krwawych historii o tym, jak to pielęgniarka nie mogła znaleźć żyły i wbijała się parę razy. Albo jak nie mogła pobrać krwii. Zawsze się cieszyłam, że mnie to nie spotkało i proszzz. Jak na zawołanie! 
Czemu nie mogę wygrać w ten sposób w totka? Jak już mnie spotyka, to najgorsze. Oczywiście.
Znowu oglądam „Przyjaciół”. Są fenomenalni!

  • RSS