kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

No, to święta mam już pozamiatane. Teraz czekają na mnie dwa dni wolnego z M. I tradycyjnie będę ten czas spędzać w swój ulubiony sposób, czyli nie robić NIC! :o)

Mamy kupę filmów do obejrzenia i książek do przeczytania. Jutro ewentualnie ruszymy tyłek do kina, na mission impossible (heloł!) :D

Tymczasem idę nakarmić cellulit, bo już z ponad dwie godziny niczego nie jadlam.
Wesołych.

Nie chcę zabrzmieć jak polyanna (albo kasia tusk) ale zaczyna się mój ulubiony tydzień w całym roku. Mogę to powiedzieć z pełną świadomością, bo w tym roku nie urządzamy Wigilii tylko jedziemy do teściów, a to zawsze mniej kłopotliwe jest. Prawie wszystkie prezenty mam już kupione (poza tym najważniejszym ;o) ), a generalne porządki z racji braku gości również nie będą takie „generalne” (TAK, sprzątam dokładnie tylko wtedy, kiedy czeka mnie wizytacja albo, kiedy mnie natchnie, co często się nie zdarza, nie oszukujmy się).

W weekend przeczytałam jedną z najbardziej poruszających książek, jakie ostatnio zdarzyło mi się trzymać w ręku. Bardzo się cieszę, że idąc za głosem e. kupiłam ją szwagierce. Nie lubię kupować niedobrych książek. „Jeden Dzień” stanowczo się do takich nie zalicza.

Mam nową najulubieńszą kastę zawodową – kurierów! Od jakiegoś czasu skwapliwie pracowali na swoją opinię, ale piątkowy foszek i obrót na pięcie bez udzielenia jakichkolwiek informacji upewnił mnie w mojej opini. Pobić to mógł już chyba tylko kurier, który przywiózł nam telewizor i zostawił na palecie pod klatką, gdyż usługa nie obejmowała wnoszenia. Cudni są!

M. mi się rozkłąda (w sam raz na święta). Co najgorsze, Zołza po trzech miesiącach spokoju, też.

Acha i ubraliśmu już choinkę :o) Mikołaje z duki RZĄDZĄ!

P.S. NASA wymyśliło, że koniec świata nastąpi poprzez wielką powódź. Mój ulubiony sposób na śmierć! Idę budować arkę.

Stanowczo do niczego się dzisiaj nie nadaję. Powinnam leżeć w domu z ksiażką, a nie pracować i obcować z ludźmi!!

Może trzeba było wczoraj wypić jeszcze jedno piwko! Na pewno wtedy czułabym się lepiej!!

Jestem zszokowaną podłą zdradą Buddiego z samicą!!! Z samicą? Kto to widział! Przecież wszyscy wiedzą, że samice są BLE!

Czemu mnie nikt nie zaproponuje? Może wreszcie miałabym jakąś zachętę.

Mamy godzinę 07:31, we wtorek, 13 grudnia, a ja po raz pierwszy w tym roku usłyszałam „last christmas”. I ok, może to jeszcze JAKOŚ UJDZIE, ale za skandal z najwyższej półki uważam fakt, że dopiero w zeszłym tygodniu po raz pierwszy zobaczyłam świąteczną reklamę koka koli.
Ok, może nie oglądam wystarczająco dużo telewizji, może powinnam więcej, to reklamę standardowo zobaczyłabym dwa miesiące temu, ale na Boga Świętego!!!

Jakoś tak w ogóle wszyscy się chyba późno budzą z tymi wszystkimi dekoracjami świątecznymi, piosenkami i klimatem. Pewnie przez temperaturę (która mnie osobiście BARDZO odpowiada). I jak mi ktoś powie coś na temat białych świąt, to opluję!

Wlazło mi coś do oka. Wlazło i nie chce wyjść, a ja dostaje kur-wi-cy!
Wódka orzechowa – zaskakująco dobra. Trochę jak lody grycana. Pięknie wchodziła.

I na koniec pozwolę sobie zacytować klasyka:

„Głupota jest jak rodzina ze wsi. Każdy ma jej w sobie trochę”

W związku z czym najprawdopodobniej moje przeziębienie wróciło.
Senkju.

małe piękności

2 komentarzy

Widziałam najbardziej przerażający program na świecie. Nazywa się „toddlers and tiaras” i przedstawia kulisy konkursów piękności dla małych dzieci. Sztuczna opalenizna, ćwiczenia, makijaż i fryzjer to norma. Teksty w stylu: „Pamiętaj, żeby być piękną trzeba cierpieć…”? Kto mówi takie rzeczy dwuletniej dziewczynce? 
A potem rosną takie spowite w róż, rozkapryszone księżniczki, biorące udział w konkursach piękności do 20 roku życia, przekonane, że świat należy do nich i nie potrafiące przyjąć odmowy ani porażki. Będą wystawiać swoje dzieci w takich konkursach i przelewać na nie swoje ambicje, kiedy już będa na to za stare. Współczuję.

Home office jest fajny, ale już swierdziłam, że nie mogłabym tak pracować na stałe. Dopiero drugi dzień, a mnie już się nudzi.
Chociaż z tą pogodą za oknem… Może to i lepiej, że siedzę w domu.


Chciałam tego, oczywiście, że chciałam. Kiedy szłam wczoraj podziębiona na imprezkę z „goło dupo”, to wiedziałam, że to się nie może dobrze skończyć. I owszem. Nie skończyło. Ale było warto!

Nawet za cenę gluta do pasa, załzawionych oczu i bolącej głowy!


Czeka mnie hołm ofis, jak złoto.
Chyba nadszedł wreszcie czas na herbatę karmelowo-waniliową. Jeszcze jej nie piłam, ale co tutaj może się nie udać. Karmel? Dobry! Wanilia? Dobra! 

Negocjacje w pracy uznaję za rozpoczęte. Wszystko MUSI się potoczyć po mojej myśli. Inaczej nie może być i tyle.

Poza tym jestem z siebie strasznie dumna, bo kupiłam już prawie wszystkie prezenty. Nie wiem, czy kiedykolwiek udało mi się to osiągnąć tak wcześnie. Za to mieszkanie wygląda na trochę opuszczone. Widocznie czuję, że je zaniedbałam ale w ogóle nie chce mi się ruszyć palcem, żeby COKOLWIEK tutaj zrobić. Cóż. Coś za coś. 

Już niedługo będą tulipany!

P.S. Herbata dobra.

  • RSS