kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2012

!

2 komentarzy
No i się zrobiło… nie bójmy się użyć tego słowa… chujowo!

No nic. Czekam do wtorku.
Jutro wracam. Trochę mi smutno z tego powodu, bo zostawiam M. na pastwę losu, a trochę się cieszę, bo im szybciej wrócę, tym szyciej załatwię resztę formalności i remont wreszcie będzie można uznać za zakończony. A potem wróci M. i już mi nigdzie nie będzie jeździł na prawie trzy miechy. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Chciałabym mieć już za sobą przeprowadzkę.
Chciałabym mieszkać już w nowym domu. 

I w sumie tak jedną nogą jestem jeszcze w Hiszpani, a drugą już się przeprowadzam. Bez sęsu to wszystko.

uno dos tres

2 komentarzy
Źle obliczyłam ilość książek, które powinnam była wziąć. W zasadzie, to dobrze, ale nie chcąc wyjść na wprowadzającego się na miesiąc włóczęgę, w ostatniej chwili wypakowałam jedną książkę. Jakby to cokolwiek zmieniło w ilości mojego bagażu…
W każdym raze teraz tej decyzji bardzo żałuję, bo zabraknie mi dokładnie tej jednej książki. Muszę oszczędnie czytać, czego nie znoszę, bo duża ilość czytadeł w podróży daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Wiem, że czytnik mógłby zmienić moją sytuację. Mogłabym tam załadować setki plików i czytać do woli, ale chyba nigdy się nie przekonam do tych elektronicznych zabawek. Świecący ekran mam w komputerze, książka musi być z papieru. Muszę ją czuć w dotyku, zapachu… Nie ma nic przyjemniejszego niż nowiutka książka – dlatego do końca życia jestem skazana na wożenie dodatkowej torby.

A mecz Realu? Tego się nie da opisać. Feta była prawdziwa. Ale i tak najbardziej wzruszył mnie Marcelo, który na końcu biegał ze swoim paroletnim synkiem i rzucali w siebie konfetti, jakby to był śnieg :o)
Wczoraj było tutaj 40 stopni. I to umówmy się, o 18, więc wolę nie myśleć ile było w południe. Oficjalnie nie pamiętam, czy kiedykolwiek przebywałam w tak wysokiej temperaturze, bo wakacji raczej w tropikach nie spędzałam. A czy działa nam klimatyzacja w pokoju? Ależ… Przecież nie ma takiej potrzeby. Laski tutaj na relaksie latają w rajstopach i kozakach, więc widocznie nie jest jeszcze tak ciepło.

Mieliśmy wczoraj uroczy wieczór we dwoje. M. zabrał mnie najpierw na długi spacer, potem do kina, a na koniec do romantycznej knajpki na kolację. Było bardzo miło. Jedynym minusem był mój zdarty do krwi mały palec, który uległ uzkodzeniu podczas spacerowego powrotu do domu. Musieliśmy zmienić plan i w połowie drogi wsiąść jednak do metra. A szkoda, bo akurat zrobiło się miłe 25 stopni, wiała letka bryza, a spacer byłby idealnym dopełnieniem wieczoru.

A wieczorem? Real!

madritista

1 komentarz
Chciałam wprowadzić w domu odrobinę kultury i na kolację podałam melona z jamon. Za wędlinę zapłaciłam prawie 11 euro, bo zależało mi na tym, żeby była dobra. Podałam M. na talerzu, a on co robi? Spróbował kawałek, skrzywił się i stwerdził, że jamon pycha, melon ok, ale on by go sobie dosłodził. Po czym wyżarł trochę szynki z sałatki, a parę plastrów położył sobie na kanapkę (w której wcześniej miał już choriso), polał to wszystko musztardą (oryginalnego hiszpańskiego jamona!!!!) i zjadł. Myślałam, że dostanę zawału!
Ale to jeszcze nie koniec.
Resztę szynki, która została zwinął w zgrabny rulonik, wsadził sobie całość do ust, po czym z uroczym uśmiechem stwierdził, że czego się spodziewałam, w końcu „cham i jamon”.

Bardzo przypadł mi do gustu hiszpański emeryt. Nie jest to byle jaki emeryt, o nie. W przeciwieństwie do polskiego, który większość wolnego czasu spędza w kościele lub przychodni lekarskiej, Hiszpanie siedzą w knajpach. I to nie jest takie tam sobie siedzenie do dobranocki, a potem grzecznie do domciu na paciorek, nie nie nie! Oni siedzą do późnej nocy! Dziadek ledwo o kulach przykuśtykał, potrzebuje pomocy, żeby wstać z krzesła, ale w tapasie będzie siedział, sączył wino i raczył się przekąskami. Oni to jednak potrafią żyć!

Wreszcie opracowałam sobie plan zwiedzania, bo do tej pory to się beztrosko pałętałam po madryckich uliczkach bez określonego celu. Prawda jest taka, że więcej się nałaziłam niż obejrzałam i zrobiłam zdjęć, więc jeśli chcę coś zobaczyć przed wyjazdem, to muszę się lepiej zorganizować. I mam. Jutro corrida. Oczywiście nie samo przedstawienie, bo na to to mnie nigdy nikt nie namówi (biedne byczki), ale sama arena na pewno jest interesująca, więc czemu nie.
Na piątek plan mam o wiele bardziej napięty, ale na wszystko przyjdzie czas.

Food Markety zaliczone (a jest co oglądać!), więc przyszedł czas na prawdziwe życie.

Tylko czasami trochę żałuję, że nie ma kto łazić ze mną, bo nuda mnie dopada, jak nie ma do kogo gęby otworzyć, ale generalnie jest ok. W kryzysowej sytuacji będę zagadywać ludność hiszpańską, zupełnie jak oni mnie, w ogóle się nie przejmując, że im pokazuje, że nie komprende. No, ale cóż… Taka mentalność pijaków gawędziarzy :o)

P.S. Zamierzam użyć tytułowego stwierdzenia, jak tylko zbiorę się na odwagę :o) Oczywiście bez BABY na końcu :o)

Madryt przywitał mnie słońcem i deszczem. Nie mam nic przeciwko temu, o lie nie będzie tak przez cały czas mojego pobytu.

Jako pierwszy posiłek zjadłam… Tapas? Nie. Owoce morza? Niee. Zjadłam steka! Najlepszego steka jakiego kiedykolwiek jadłam. Był przepyszny, średnio wypieczony i rozpływał się w ustach! Potem obejrzałam mecz realu z M. i jego kumplem w irlandzkiej knajpie ;o), a następnie poszliśmy na drinki do mojego ulubionego od wczoraj miejsca w Madrycie, gdzie dołączyło do nas bardzo sympatyczne towarzystwo i spędziliśmy resztę wieczoru na beztroskich hulankach.


Spotkała mnie też wczoraj dziwna rzecz. Kiedy siedzieliśmy w ostatnim barze i składaliśmy pierwsze zamówienie na przeciwko nas siedziało dwóch facetów, z czego jeden miał beagla, zapatrzonego w niego jak w obrazek (na pewno nie miało to nic wspólnego z faktem, że na talerzu przed nim leżały plastry chrupiącego bekonu). Potem poszłam do łazienki i kiedy wracałam przy stoliku dzielnie towarzysząc tym samym facetom siedział czarny labrador… Ani śladu beagla… Nie wiem co się z nim stało, ale pojawił się dopiero pod koniec, znikąd i zabrał właściciela do domu. Labrador został. Dziwne rzeczy się tutaj dzieją, muszę Wam powiedzieć. Zobaczymy co będzie dalej…
Ten wolny dzień dopadł mnie trochę z zaskoczenia z pustą lodówką i brakiem karmy dla kota (gdyby M. był w domu taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia!).
Wczoraj było kino i dwa drinki z martini. Tylko. Bo się wcześniej za bardzo obżarłam i nie byłam w stanie pić więcej, kto to widział takie rzeczy…

Jutro znowu mam urwanie głowy od rana do wieczora i chciałabym, żeby to się już skończyło. Ale spoko. Jeszcze tylko wytrzymam jutro i słodkie lenistwo czas zacząć. W słonecznej Hiszpanii… Słyszycie mnie? SŁONECZNEJ powiedziałam!!

Zostawić kota na noc, a juz przytula się jak słodki kociaczek. Jest kochająca i wspierająca. Zupełnie jak nie ona ostatnio.

  • RSS