kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2013

Achhh, nie ma to jak suchy kaszel i temperatura. Jeszcze lepsze jest to, że do wyboru jako środki leczenia mam paracetamol, rutinoscrobin i ziołowe tabletki. No i przede wszystkim mam się wygrzewać, dbać o siebie, pić dużo herbaty i wyciskać sobie soki. HA! Dobre sobie! Żebym to ja jeszcze była dzisiaj w stanie pójść do toalety, a oni mi tutaj o WYCISKANIU SOKÓW mówią, uśmiałam się, jak już odzyskałam trochę sił i przeszła narkolepsja wywołana gorączką. Dzień miałam naprawdę straszny. Pociesza mnie jedynie myśl, że chyba jutro nie będzie gorzej. No bo nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Prawda?

Z każdym silniejszym kaszlnięciem czuję ból, jakby mi się łożysko odrywało. Zaczynam się bać o Insekta.

Oczywiście w pracy dzisiaj jakaś masakra była, ale przyzwyczaiłam się. Zawsze się świat wali, jak mnie nie ma. Ciekawe co się będzie działo, jak pójdę na zwolnienie i wrócę za 1,5 roku. Aż się boję o tym myśleć, ale poniekąd nie jest to już mój problem.

14sty tydzień

Brak komentarzy

Wczorajsze USG było ekstremalnym przeżyciem. Żółtek czuje się dobrze, a przynajmniej na tyle, na ile można określić, oglądając parę plam w różnych odcieniach szarości na małym ekranie.
Gdyby mi się tylko tak nie dawał we znaki bólem brzucha i głowy, to byłoby idealnie.

W przyszłym tygodniu dodatkowa krew przepompowywana przez moje serce powinna sprawić, że będę wyglądała wręcz bosko… Chciałabym to zobaczyć. Czuję się wręcz przeciwnie. I brzuch mi już rośnie. Będę musiała kupić wreszcie te ciuchy ciążowe, żeby mnie pewnego dnia nie zaskoczyło i nie było przymusu jechania do pracy w spodniach od piżamy, bo się rozporek nie zapnie. Byłoby niewesoło, a wolałabym nie brać znowu urlopu na żądanie. Takiego, jaki sobie zafundowałam wczoraj.

W pracy ledwo daję radę. Między 14, a 16 jestem nie do życia i zasypiam z nosem w klawiaturze. Nawet po najbardziej szalonych całonocnych imprezach nie byłam tak zmęczona, jak jestem teraz. Alkohol jednak troszkę w tym pomaga, a tak to ani się napić, ani poszaleć – bez sensu.
Żeby wszystko było jeszcze wspanialsze, to teraz chodzę cały czas głodna. Ale tak na maksa. Podwójne śniadania, podwójne obiady, ja nie wiem, jak to się stało, że w ciagu ostatniego miesiąca przytyłam tylko kilogram. Wiem, że to się zaraz zmieni, jak Insekt wzrostowo wrzuci trójkę, ale póki co jest nieźle.

No, ale nic to. Zaczął się drugi trymestr. Teraz wszystko powinno być super ekstra… No to hit me! Bo już mam dość.

Osiągnięcia na dziś: wyszorowanie kociej kuwety.

Weekendzie, weekendzie i po weekendzie. Chociaż muszę przyznać, że miałam tak awangardową (jak na mnie) niedzielę, że zapomniałam, że jutro trzeba iść do pracy. Już nie pamiętam, kiedy mi się coś takiego ostatnio przydarzyło…

Zjadłam dzisiaj bardzo dobrą carbonarę. Najadłam się tymi kluskami tak, że do wieczora nie byłam w stanie zjeść nic innego, co jak na mój stan jest dość niezwykłe. Spoko, czekam na 22, kiedy to na pewno zacznę być śmiertelnie głodna. Dzień jak codzień.

Coraz bardziej mnie kusi, żeby pójść na zwolnienie, ale trzymam się póki co swojego postanowienia. Nie wiem jednak, jak zareaguję, jeśli lekarz mi napomknie coś o tym. Nie wiem, czy nie dam się „przekonać”, bo leniwa się zrobiłam tak bardzo strasznie, że nawet sprzątać muszę na raty, o o tym, żeby to zrobić w jeden dzień, za jednym posiedzeniem, to zapomnijcie.

Krytykują Mourinho, że porzucił trening Realu, żeby zobaczyć mecz swojego syna. Na Boga, czy Ci ludzie nie mają żadnych wartości?! Po pierwsze, to był na pierwszej połowie, więc już może bez przesady, a po drugie przynajmniej facet jasno określił swoje priorytety. I ja go za to szanuję. Mam nadzieję, że przyjdzie dzień, w którym M. też zrezygnuje z czegoś ważnego, żeby zobaczyć jakiś mecz/występ/cośtam Insekta.

Wreszcie się ten tydzień skończył. Był jak na mój stan wyjątkowo rozrywkowy. Najpierw wyjście z przyjaciółką, a następnego dnia firmowe szaleństwa sprawiły, że padam na twarz i mój plan na weekend, to: zakopanie się pod kołdrą, spanie, oglądanie filmów, czytanie książek i zajadanie się pysznościami (no dobra, może będę musiała wyruszyć do sklepu po owoce… albo wyrzucę Starego, jeszcze nie zadecydowałam).

Bardzo rozczarowała mnie restauracja Galicya. Słyszałam o niej tyyyle dobrego, że jedzenie przepyszne, że w ciemno można zamawiać wszystko z karty, a tatar… tatar to mają taki, że…! A tu dupa. Poszłam, zamówiłam karkówkę (no bo co!) z sałatką ziemniaczaną, która była na słodko i nie byłam jej w stanie zjeść. Ja ziemniaki w każdej formie, ale nie na słodko (nawet placki). Karkówka była ok, ale żeby ją tak zrobić nie potrzeba jakichś wyjątkowych kulinarnych umiejętności. Natomiast A. zamiast sznycla dostała ogromnego panierowanego czipsa, który na dodatek był wyschnięty na wiór. I taka to była „przygoda”.

W przyszłym tygodniu poznamy osobiście insekta rozwijającego się w mymłonie. Ciekawe, czy będzie widać czy to chłopiec, czy dziewczynka. No i M. wreszcie zobaczy potomka na żywo.

Cała jestem poorana. Najpierw mój nowy kozak obtarł mi prawą nogę, następnie wełnianianemu UGGowi coś odpierdoliło i otarł lewą (widział ktoś z Was niewygodnego UGGa? Ja już od wczoraj TAK), a na deser Zołza się zirytowała tym, że strzepywałam okruszki z łóżka i zaatakowała moją rękę z pełnią nienawiści zostawiając mi na przedramieniu 5 krwawiących szram! Branie prysznica było dla mnie niewielką przyjemnością, kiedy wszystkie rany zaczęły szczypać.
Kupiłam tej małej suce zabawkę na sznurku, żeby wyładowała swoją agresywną energię na rzeczach martwych, a nie na żywym mięsie! Przyznaję, że nie mam dla niej ostatnio zbyt wiele czasu.

To nie bit, to wiertarka!

1 komentarz

Głowa mnie napieprza od dwóch dni i powoli mam już tego dość. Może powinnam pójść na jakiś spacer, przewietrzyć się, czy coś, bo z lekką przerwą tkwię w domu od trzech dni, ale nie oszukujmy sie, na tej wichurze, tylko by mi sie pogorszyło. To już zostanę przy zimnym okładzie.
Zołza zyskała nowy przydomek: Miauczymorda. Od dłuższego czasu zaczyna miauczeć bez konkretnego powodu o barbarzyńskich godzinach. Chociaż powód, to ja raczej znam. Nudzi się, suka jedna o 5 rano, to czemu nie spróbuje nas obudzić. A co! Sama będzie siedzieć?! Gdzie służba od zabawiania?! Heloooooł! I jeszcze jakieś śniadanie by się przydało, bo w misce za mało.
Z M., to mi czas zupełnie inaczej płynie. Jakoś tak szybko strasznie. Jak go nie było w tym tygodniu, to dwa dni na zwolnieniu dłużyły mi się strasznie. Natomiast ta sobota, to nie wiem kiedy mi zleciała. Chociaż wszyscy wiemy, że w weekend czas działa trochę inaczej niż w tygodniu.
M. też miał wczoraj powrót z przygodami, naprawdę. I tym razem nie była to ani Kasia Tusk, ani Nergal, umówmy się!

Bez tytułu

1 komentarz

Ogarnęła mnie dzisiaj euforia. Podczas prasowania!! Ogarnęło Was kiedyś uczucie dojmującego szczęścia podczas PRASOWANIA?! Chyba już zgłupiałam do reszty.
To pouczające wydarzenie sprawiło jednak, że zaczęłam dostrzegać jak bardzo moje humorki i nastroje się zmieniają. Dosłownie z minuty na minutę mogę przejść ze stanu uszczęśliwienia do totalnego wkurwu i trochę mnie to zmartwiło.

Kiedy pomyślę sobie o tym, że jutro mam iść do pracy i to w dodatku na wcześniejszą godzinę, to zwolnienie zaczyna wyglądać coraz bardziej atrakcyjnie. Wiem jednak, że jeszcze się w domu nasiedzę i będę tęsknić za ucieczką, więc zaciskam zęby i wstaję jutro o 6 i siedzę z gębą na kłódkę.


  • RSS