kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2013

Sialala

Brak komentarzy

Ludzie to jednak są kompletnie bez sensu. Najpierw ścigają mnie miesiącami czając się po kątach, przyciskając do muru pytaniami „co też już kupiłaś dla nienarodzonego” i napawając się tym, że otóż jeszcze nic. Natomiast kiedy na ich pytania odpowiadam, że i owszem, zakupiłam już parę rzeczy i jestem odpowiedzialna oraz dumna z siebie, uzyskałam reakcję (od tych samych ludzi!): „I co ty z tym teraz zrobisz? Dwa miesiące będzie leżało i się kurzyło tylko.”. AAAAAAAAA! Spadajcie!
W związku z czym poszłam od dzisiaj na zwolnienie i wszyscy mogą się wypchać! O!

Jestem chyba jedyną osobą w Polsce, która się cieszy, że w ten weekend będzie zimno. No dobra, może znalazłoby się jeszcze parę ciężarnych (tego jestem pewna), ale naprawdę o wiele lepiej się czuję w taką pogodę, która panuje teraz. I jeśli moje lepsze samopoczucie jest kosztem waszych wakacji, to bardzo mi przykro ;o):D MUAHAHA! Ale, żeby nie było zbyt pięknie, to jedno ALE: mogłoby nie padać tylko!

Teraz czekam na lawinę dostaw, które zaczną spływać :o)

łubu dubu

Brak komentarzy

Miniony weekend był baaaardzo przyjemny. Najpierw wyjście z M., które całe przegadaliśmy. Uwielbiam z nim rozmawiać. Wiem, wiem, mieszkamy razem i wiadomo jak to jest, ale kocham te chwile, kiedy potrafimy cały wieczór przegadać i naprawdę świetnie się bawić tylko swoim towarzystwem. Jak z najlepszą przyjaciółką :o)
Potem spontaniczne spotkanie ze znajomymi M., w zaskakująco przyjemnej i snobistycznej knajpce na Solcu. Spotkanie, które z kameralnego stało się międzynarodowa fiestą na 12 osób, do tego nieznajomych. Poczułam się jak za starych dobrych czasów, kiedy zdarzały się wieczory, które przybierały niespodziewany i fantastyczny obrót.

Niedziela bardzo kobieca i emocjonalna. Dawno nie widziałam się z O. i musiałyśmy nadrobić.

Niestety tydzień zaczął mi się nieco gorzej, bo ledwo doczłapuję do pracy i z pracy. Rosnąca temperatura daje mi nieźle w kość, ale zaciskam zęby i chyba jeszcze tydzień wytrzymam. Zobaczymy. Muszę w końcu wystąpić jeszcze w przepięknej sukience, którą sobie zakupiłam. Wyglądam w niej jak szafa pięciodrzwiowa i brzuch mam jeszcze większy niż normalnie (a to już osiągnięcie!), ale czuję się bardzo wygodnie, dobrze i generalnie tak, jak nie czułam się już od dawna :D
Na domiar złego dzisiaj w tym upale złapały mnie skurcze (spokojnie, wiedziałam, że to nie TE!!! tylko próbne cholery, które od 7-mego miesiąca zdarzają się 90-ciu procentom ciężarnych), a nikt z obecnych w tramwaju nie ustąpił mi miejsca. Przyzwyczajona jestem. Wiem, że powinnam się upomnieć, ale nie potrafię. Wystarczająco zażenowana jestem, kiedy ktoś mi ustępuje (co się zdarza od wielkiego dzwonu), ale to też powoli mija z czasem :o)
Dzisiaj miałam ogromną satysfakcję, kiedy siedziałam na miejscu uprzywilejowanym i podeszła do mnie dziewczyna z bardzo małym, ale już lekko widocznym brzuszkiem, popukała mnie w ramię (tak od razu, od wejścia natarła) i powiedziała głosem z pretensją, że to jest miejsce dla kobiet w ciąży, a ja chyba w ciąży nie jestem (torba i książka musiała zasłonić mój sterczący bebzun), więc ona by prosiła, żebym jej pozwoliła usiąść. Na co ja z szerokim uśmiechem złośliwej satysfakcji oznajmiłam, że owszem, jestem w ciąży i mam takie samo prawo siedzieć na tym miejscu jak ona. Jej mina – bezcenne! Szkoda, że nie podeszła do mnie żadna stara narzekająca baba, z którymi mam na pieńku.

Coraz szybciej i nieubłaganie zbliża się czas, kiedy powinniśmy kupić wyprawkę dla tego biednego dziecka. Chyba już nie mogę zamykać oczu i udawać, że jeszcze ze wszystkim zdążę, bo robi się coraz mniej śmiesznie. Ludzie wypytujący mnie o to niemal każdego dnia nie poprawiają mi humoru. Muszę tylko znaleźć sklep, w którym sprzedają navingtony.

P.S. Słyszeliście o tym, że Kasia T. kupiła molo w Sopocie? :D:D:D:D

Syndrom wicia gniazda jest fajny. Dzisiaj na ten przykład postanowiłam umyć kuchnię. Tak całkowicie. Wszystkie szafki na zewnątrz i w środku, płytki, piekarnik, no generalnie – WSZYSTKO! Z efektów jestem bardzo zadowolona, mimo iż gdzieś tak po połowie roboty chciałam już zrezygnować… znaczyyy, odłożyć robotę na jutro (no bo w końcu jestem w ciąży i nie mogę się przemęczać, tak?), ale wszyscy wiemy jak się kończy odłożenie czegoś „na jutro”. Ponieważ nie chciałam zostać z połową kuchni błyszczącą, a połową nie, więc dokończyłam robotę z ciężkim bólem. I mam teraz boską kuchnię, w której występuje absolutny zakaz gotowania przez najbliższych parę dni. W ogóle stwierdzam, że gdybyśmy nie gotowali, to wszystko byłoby o wiele czystsze. Wystarczyłoby raz na jakiś czas przetrzeć kurz i już. Kuchnia jak z katalogu!
I tylko trochę M. na mnie krzyczał jak tańczyłam na blatach, myjąc góry szafek. Że niby mam nie szarżować, bo nie jestem już tak zwinna jak przed ciążą. Phi. Wcześniej też nie byłam, nie oszukujmy się ;o))

Pozostało mi jeszcze umycie okien i generalnie reszty mieszkania, ale chyba z tym poczekam do zwolnienia jednak. COŚ w końcu będę musiała wtedy robić ;o)

Bardzo dobry pomysł z takim wolnym dniem w środku tygodnia i trzydniowym weekendem. Mogłoby tak już zostać, nie obraziłabym się.


  • RSS