kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2013

Jest ryjem dla paparazzi

Brak komentarzy

Wczoraj postanowiliśmy położyć Dziecko spać wcześniej, żeby niedzielny wieczór spędzić tylko we dwoje. No i skończyło się na noszeniu Maluszka do 22. Wtedy też się poddałam, zabrałam Potomka do łóżka i od razu zasnął. A wraz z nim Jego umęczeni Starzy.
Dzisiaj postanowiłam się nie poddawać i ponowić próbę wcześniejszego położenia. Póki co jest ok, a jest dopiero 20:00. Zobaczymy, co będzie dalej. Nauczę tego małego Skurczybyka zasypiać wcześniej, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką w życiu zrobię!

M. w robocie. Zajeździ się ten Facet, nie ma co. Dobrze, że Jego pracodawca to docenia, bo mój na pewno by tego nie zrobił, tylko wycisnął co się da i jeszcze zabrał premię.

Jutro wychodzę na piwo i nic mnie nie zatrzyma! Nich no tylko mi się M. spóźni do domu z pracy, to nie ręczę! ;o) Parę godzin słodkiej wolności to jest to, czego potrzebuję. Nie przejmować się tym, czy Mały się obudził, czy ma mokro, czy nie jest głodny albo po prostu samotny i trzeba nosić i tulić. Achhhh!
No i wyszłam na wyrodną matkę… W dodatku taką, która alkoholowe wyskoki przedkłada nad przebywanie z własnym rodzonym Dzieckiem.

Moje buciki już do mnie idą. Moje śliczne, piękne. Nie mogę się doczekać! Jeszcze tylko upatrzony płaszczyk, który muszę zakupić i będę całkowicie ukontentowana.

Dzisiaj zaszalałam i poza serkami do porannych kanapek zjadłam również trzy krakersiki. Młody póki co nie gazował i mam nadzieję, że już mu tak zostanie, to w przyszłym tygodniu może bym się skusiła na jakieś fajne warzywko albo owoca (i na pewno nie będzie to ani banan, ani jabłko!). Bo od trzeciego miesiąca, to już planuję powoli jeść wszystko. Nawet czekoladę, HA!

Cały dzień chodzi za mną coś dobrego. Mam ochotę coś zjeść (najchętniej ciasto tak na maksa czekoladowe), ale niestety w moim aktualnym jadłospisie nie istnieje nic, co mogłabym określić mianem „dobrego”. Chociaż… Zaczęłam wprowadzać nabiał. Powinnam delikatnie, tymczasem zaatakowałam Małego serową bułką posmarowaną twarożkiem z dodatkiem koziego sera (mój absolutny faworyt na chwilę obecną!) oraz serkiem homogenizowanym – waniliowym. Oczywiście wszystko to nie na tej samej połówce :o) Ciężko nazwać to powolnym wprowadzaniem nabiału do jadłospisu, ale ludzie! Jestem juz tak wygłodniała czegoś smacznego, że to się nie mieści. W niczym.
tymczasem się zamknę i chwycę bezsmakowego wafla i zapcham ochotę na coś smacznego.

Młody, to wczoraj było tak wspaniałe Dziecko, jakie sobie wymarzyłam. Cały dzień dzielnie zajmował się sobą, leżał na kocyku, ssał pięść i coś tam sobie gadał. Od czasu do czasu trzeba go było nakarmić i przewinąć, a potem chwilę ponosić na rękach, żeby nie było, że się Dzieckiem nie zajmujemy. Na dodatek wieczorem przyszedł do nas P. i Młody chwilę z Nim poobcował, potem M. go wykąpał i Dziecina poszła grzecznie sama spać po 5-ciu sekundach. Potrafi się zareklamować to nasze Potomstwo, nie ma co. P. stwierdził, że takie dziecko, to On mógłby mieć. Tylko zaśmiałam się w duchu ironicznie.
Niestety noc była już dużo mniej fajna. Musiałam wstawać co godzinę, bo Bobasek zgłodniał, a ze dwa razy to tę godzinę przedrzemałam z okiem otwartym i prawie pełną przytomnością, więc to raczej dupa wołowa nie spanie. W związku z powyższym nienajlepiej się dzisiaj czuję.

Za to w przyszłym tygodniu wychodzę na piwo :o) Jest to wydarzenie tak ogromne, że tylko inna matka zamknięta w domu z dzieckiem byłaby w stanie to zrozumieć.

Mam ochotę kupić sobie jakieś buty. Poza tymi, które już sobie zakupiłam… :o)

Będę dalej skakać!

Brak komentarzy

Nie mogę! No nie mogę chwalić tego mojego Dziecka na głos, a nawet pomyśleć o Nim coś dobrego, bo zaraz mi udowadnia, że wcale, że nie-e!
Wczoraj miałam masakrę z usypianiem – swoisty rekord 1,5h. W pewnym momencie, to już myślałam, że coś Mu zrobię, taka byłam zmęczona i miałam serdecznie dość „Słodkiego Bobaska”.
Żeby mego szczęścia było jeszcze więcej – M. spędzał wieczór poza domem, w związku z czym byłam skazana na samotną walkę z Potworem.

Dzisiaj byliśmy u lekarza na kontroli bioder. Jako, że Potomstwo nie jest jeszcze dopisane do mojego luksusowego pakietu u prywaciarzy ;o) musimy korzystać z usług Państwowego Zakładu Opieki Zdrowotnej. I otóż, biodra, które w prywatnej klinice załatwiane są podczas jednej wizyty, państwowo zajmują 3. Tak! Jeszcze trzy razy będę musiała ładować Młodego w autobus i jechać, żeby sprawdzić, czy wszystko tam jest ok. Tak jest fajnie!
Ale moja to wina. Trzeba było szybciej się ogarniać i to załatwiać, a nie wszystko jak zwykle na ostatnią chwilę. No nic. Może jeszcze zdążymy prywatnie.
W ogóle na tej dzisiejszej kontroli byliśmy z Drugą Matką mojego Dziecka, bo akurat przypadał dzień wizyty :o) Zostałyśmy potraktowane z pełną tolerancją i akceptacją, jako gejowska para. I nie są to tylko moje spostrzeżenia. M. odniosła dokładnie takie samo wrażenie.

Zakupiłam sobie książkę Projekt: Matka i nowego Nesbo. Ostatnio temat macierzyństwa jest mi dość bliski i interesujący ;o). Mam nadzieję, że lektura będzie fajna. Z większą ilością książek póki co nie szarżuję, bo nie wiem, kiedy zabiorę się za tą. Kolejka się trochę wydłuża, a i tak muszę powiedzieć, że czytam dość sporo jak na matkę dwumiesięcznego Niemowlaka. Przyszalałam trochę z książkowymi zakupami, kiedy byłam jeszcze w ciąży.
Ale to nic. Nie zmarnuje się, a przecież muszę być na bieżąco.

Czekałam na ten moment i wreszcie nadszedł! Wiedziałam, że to się stanie prędzej czy później… czekałam w uniesieniu… i wreszcie TO się stało!
Dziecko mi się obsrało po pachy. I pisząc „po pachy” wcale nie używam metafory. Ja nie wiem jak On to zrobił, ale całe plecy miał w gównie.
No dobra, może nie było to zesranie w stylu magika (pusta pielucha, a wszędzie poza fekalia), bo pielucha też była pełna. Tłumaczyłoby to w pewien sposób ów „wyciek”. Najgorsze z tego wszystkiego było to, że Młody miał na sobie body ściągane przez głowę. Nie chcąc ryzykować pobrudzenia musiałam wykonać niebezpieczną operację rozcinania body nożyczkami. Przecież nie będę obsranego ubrania przepychać Dziecku przez głowę, jakim to trzeba być człowiekiem?! Z tych body i tak za momencik by wyrósł.

Już powolutku mam dość tego września i nie mogę się doczekać, kiedy się skończy. Żeby szczęścia było więcej M. nie dość, że pracuje ponad wszelką miarę przyzwoitości, to jeszcze się rozchorował. Trochę się boję, że się od niego zarazimy, a choroba, to ostatnia rzecz na jaką miałabym teraz ochotę i siłę. No bo lekarz zwolnienia z opieki nad dzieckiem mi niestety nie wypisze. A szkoda! Przydałoby się trochę odespać!
W każdym razie choroba M. skutkuje tym, że czas, żeby porozmawiać mam z własnym rodzonym mężem tylko przez telefon. No bo jak wraca z pracy to kąpiel Małego, karmienie i usypianie, a kiedy mamy chwilę, żeby się nacieszyć sobą i porozmawiać jak dorośli, to M. śpi z wyczerpania i choroby.
I takie to mam życie teraz. O!

W ogóle analizując to nasze Dziecko stwierdzam, że nie jest źle. Mały ma gaziory, to jasne, ale poza tym, to grzeczny Chłopak. Potrafi zająć się sam sobą, nie muszę Go cały czas nosić na rękach i nie płacze za dużo. Owszem ma swoje gorsze i lepsze momenty, ale to jak każdy.
Dodatkowo w nocy nie jest najgorszy, bo tak naprawdę, to zasypia zaraz po karmieniu (a czasem nawet w jego trakcie) i nie przypominam sobie, żebym musiała go nosić godzinami, bo dzidzia nie chce spać. Nawetjak był noworodkiem. Tylko jak na mój gust za często chce jeść (budzenie się 3 razy w ciągu nocy na karmienie, to troszkę za często jak na osobnika w Jego wieku – wydaje mi się), ale to jest podobno cecha bardzo indywidualna. Zobaczymy, kiedy będzie lepiej pod tym względem.

A do powyższych wniosków doszłam, jak mi młoda matka M. napisała, że nie spała od 4, bo jej Córeczka miała chęć na przytualnie. No, ale to dziecko ma niespełna tydzień, więc sorry bardzo :o)
Dodatkowo, jak na dziewczynkę przystało zużywa tony pieluch, gdyż nie jest w stanie znieść jakiejkolwiek (najmniejszej nawet) zawartości. Tego M. współczuję i czasowo, i finansowo.
O wszelkim niezadowoleniu Maleństwo również informuje swoich Szanownych Rodziców – głośnym rykiem. Nie ma żadnej fazy przejściowej – jest od razu wrzask. Ale to jej się jeszcze może trzy razy zmienić.

W każdym razie takie mam przemyślenia po tych rewelacjach.
Mam szczęście, że mam takie Dziecko, jakie mam.

Senk Ju.

Zaparowało mi oko podczas porannego spożywania herbaty. Tak normalnie, jakbym miała okulary. Dziwne to było.

Młody miał dzisiaj pierwsze szczepienia. Cały pakiet dostał od rodziców w prezencie. Wszystkie koki i inne wirusy. Prezent ów nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Reakcja Młodego raczej pokazała, że mogłam se to wsadzić tam, gdzie słonko nie dochodzi.
Co gorsza, pozycja, w której to szczepienie przyjął była pozycją do karmienia. Młody zaczął się cieszyć, wydając swój charakterystyczny śmiech, a tutaj zamiast papu było kuku. Kiedy minął pierwszy szok, zrobił się cały czerwony na twarzy (a nawet głowie) i zaczął ryczeć. Ale co to był za ryk, drodzy Państwo! Wytoczył nawet swoją pierwszą w życiu łzę. Mam nadzieję, że nie stracił przez ten drobny incydent całego zaufania do Mamusi :o)
Teraz modlę się, żeby nie dostał gorączki, co jest dość częstą reakcją niemowlaka na szczepienia.

Chyba coś mnie zaczyna brać. Nie wiem, czy podczas przeziębienia powinnam karmić piersią. Muszę się tego dowiedzieć, bo sezon się zbliża.

Nadal nie mam do końca czucia w opuszku najmniejszego palca. Możliwe, że za tydzień wszystko wróci do normy.
Z nadgarstkiem też jakby ciut lepiej.

M. miał dzisiaj wrócić wcześniej do domu, bo ostatnio jest z tym bardzo różnie. No i wypadł mu wyjazd do Wrocławia. Zaczynam się o Niego martwić, bo powolutku zamienia się w żywego trupa.

Postanowiłam wcześniej kłaść Potomstwo spać. W ten sposób większą część wieczoru będę miała dla siebie oraz Męża. Trudno, będzie wcześniej wstawał, ale ja też muszę odpocząć psychicznie od Malucha. Nie tylko podczas snu.
Dzisiaj znowu miał jakieś rewelacje żołądkowe. Do teraz wije się i skręca. Zastanawiam sie od czegóż by to mogło być, bo nie mam pomysłu. Chyba po prostu muszę zacisnąć zęby i wytrzymać to (ja, no i oczywiście – On). Jeszcze jakieś 6 tygodni i powinno być lepiej… Trzymajcie kciuki.

Tęsknię za dobrym jedzeniem. Najbardziej brakuje mi czekolady! Moja aktualna dieta pozostawia wiele do życzenia i jedzenie nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. Ileż można jeść gotowanego kurczaka, ryż, ziemniaki i marchewkę. Jem zatem tylko z rozsądku, no bo w końcu coś muszę, żeby Młody nie wyssał ze mnie resztek witamin i minerałów. Już i tak zaczyna mnie boleć ząb, więc kanałowe nieuniknione. Im szybciej to załatwię tym lepiej.

Dzisiaj znowu była u mnie M. Powoli zaczynam o niej myśleć jak o drugiej matce mojego dziecka. Jest dla mnie ogromną pomocą. Podczas jej wizyt mogę się wyłączyć psychicznie.
Chyba powinnam jej zacząć za to płacić, albo nie wiem… Zabrać gdzieś jej córeczkę na super wakacje.

P.S. Nowa aktualizacja ajfona, to jakaś totalna porażka. Steve nigdy by nie dopuścił, żeby takie gówno widniało na jego produktach. Żałuję, że sobie to zaktualizowałam. Mam nadzieję, że szybko wróci im rozum i poprawią ten badziew, bo to, to są chyba jakieś żarty.

Dzisiaj rano, kiedy podnosiłam Małego (i nie miałam na ręku stabilizatora) coś mi przeskoczyło w nadgarstku i boli jak cholera. Nie mogę nim również ruszać w jedną stronę.
Dodatkowo, wynosząc śmieci trzymałam jedną reklamówkę na małym palcu i zrobiłam sobie takiego odgniota, że straciłam czucie w opuszku i do tej pory nic w nim nie czuję. Ciekawe, czy już mi tak zostanie…

Pierwsza wizyta rodziców B. bardzo udana. Przywieźli wspaniałe ciasto, które mogłam tylko popodziwiać, reklamówkę ciuchów dla Młodego oraz przepiękną kurtkę zimową. Jak narzekałam na początku, że nikt nie oferował niepotrzebnych już ciuszków po swoich dzieciach (a samej pytać nie wypadało), tak teraz zdecydowanie karta się odwróciła. Jak tak dalej pójdzie, to przez pierwszy rok kupowanie jakichkolwiek ubrań dla Potomstwa mam z głowy ;o)

Najważniejszym newsem dnia jest jednak to, że M. porodziła córcię. Na imię jej będzie Hanna i urodziła się ekspresowo, bo w 10 minut.
Kiedy rozmawiałam z mężem M., to przez jedną krótką sekundę pożałowałam, że mam to już za sobą. Sam dzień porodu wspominam dość miło, a wzięcie w ramiona swojego dziecka po raz pierwszy jest uczuciem, którego nie da się opisać. Jednakże szybko otrząsnęłam się z tego uczucia, kiedy przypomniałam sobie, co się działo potem (i poniekąd dzieje w dalszym ciągu). Nie wiem, co mi przyszło do głowy.

poniedziałek

Brak komentarzy

W tym tygodniu kontynuuję bycie samotną matką. M. znowu pracuje do późnej nocy (przynajmniej twierdzi, że pracuje, ale tego się pewnie nigdy nie dowiemy). Podobno sytuacja ma się zmienić z końcem września – my ass. Nie z nami te numery i obiecanki cacanki, to można składać naiwnym dziewczynkom, a nie doświadczonym kobietom – umówmy się.

Moi rodzice zakochani we Wnuku. Nie poznawałam mojego Taty, który bardzo dużo nosił go na rękach i nawet mu śpiewał! W życiu nie słyszałam, żeby mój Tata śpiewał. Wychodzi na to, że jeszcze nie jedno mnie w życiu zaskoczy.

Dzisiaj pokrzepiona kolejną wizytą M. i jej przejęciem opieki nad Synem zjadłam na obiad makaron z musem jabłkowym. Ot tak, bo na nic innego nie miałam weny, a makaron miałam już ugotowany w lodówce. Zapomniałam, że makaron jest bardzo nabiałowy, a ja nabiału nie za bardzo teraz mogę… Młody już się skręca, więc bardzo prawdopodobne, że noc będzie wyglądała wesoło. Jak będę wkurzona latać po mieszkaniu przez pół nocy z Dzieckiem w ramionach, to pretensje mogę mieć tylko do jednej osoby. Nie będę pokazywała palcem, której. Jeszcze żeby ten makaron był tego wart…! Ja rozumiem, gdyby to była tabliczka czekolady, na którą mam ochotę od dwóch miesięcy.
Trzeba se było tępa dzido zrobić kanapkę, skoro już tak bardzo nie chciało Ci się nic robić na obiad! A teraz dziecko będzie płacić za grzechy matki. Ot, zalety karmienia piersią.

Zołza postanowiła pokazać, że ona też potrafi sprawiać kłopoty i rozdrapała sobie ucho, co zapowiada rychłą wizytę u weterynarza. Problematyczne mamy te dzieci, nie ma co.
Kiedy to się wszystko skończy?

Dzisiaj to było trochę tak, jakbym nie miała dziecka. Przespał cały dzień (w tym swoją pierwszą wyprawę autobusem), a jak nie spał, to był tak pogodny, uśmiechnięty i radosny, że nie robił najmniejszej awantury. Nawet jak leżał i nikt się nim nie zajmował. No po prostu Anioł, nie Dziecko!
Teraz leży w łóżeczku i słucha kołysanek w radio bajka, coś tam sobie gaworząc pod nosem.

Jutro jedziemy do moich rodziców i trochę się boję, że skoro dzisiaj był taki cudowny, to jutro da nam popalić. Raczej mu tak pewnie nie zostanie na stałe ;o) A zawsze jest tak, że po dobrym następuje gorsze :o) Nie, żebym była pesymistką, broń boże ;o))

W tym tygodniu dostałam najwspanialszy prezent, jaki może dostać umęczona matka. Przyjechała do mnie M. i przez bite trzy godziny zajmowała się Synkiem, a ja udawałam, że to nie moje. Nie musiałam się Nim przejmować przez 3 GODZINY! I to było najdłużej, odkąd przyszedł na świat.
M. Go przewijała, nosiła, usypiała, a jak płakał, bo się obudził, to leciała do Niego i już nie było płaczu. I jeszcze przywiozła szarlotkę!
Dopiero teraz, jak miałam okazję zakosztować „wolności” zdałam sobie sprawę, jak bardzo tego potrzebowałam. Zaczynam też lepiej rozumieć ten biznes z mamą przyjeżdżającą na pomoc córce po porodzie. Pytanie tylko, czy dałabym radę znieść wieczne doradzanie i wtrącanie się. Ale to pewnie coś kosztem czegoś. Zawsze można wytyczyć granice. Niestety ja nie mogę skorzystać z pomocy mojej Mamy, a Teściowa pracuje.

Kiedy któraś z „moich” dziewczyn urodzi dziecko, a moje już wyrośnie, też zrobię im taki prezent. Bo za to, co M. zrobiła w środę będę jej dozgonnie wdzięczna.
Także tak o!

Ostatnio coś się mojemu Dziecku poprzestawiało i zaczął grymasić w nocy. Ciekawa jestem ile jeszcze tak pociągnę, ale pocieszam się myślą, że każda zarwana noc zbliża mnie o krok do tych przespanych :o)

Poza tym Potomstwo zrobiło się bardziej kumate i aż przyjemnie z nim czasami przebywać. Nie można się też na Niego gniewać, kiedy spojrzy na człowieka tymi wielkimi błękitnymi oczami :o)
Przez to, że widzi więcej, może się sam sobą zająć nie tylko wtedy, kiedy śpi, co jest dla mnie ogromną ulgą i odciążeniem. Oczywiście dni, kiedy tak bezproblemowo się z nim obcuje można policzyć na palcach jednej ręki, ale każdy taki dzień, to skarb.
Zołza za każdym razem, kiedy wracamy z wózkiem ze spaceru albo skądś indziej wita nas wzrokiem: „po kiego przywieźliście to COŚ z powrotem?!”.

Wreszcie też wybrałam się do ortopedy ze swoja ręką. Okazało się, że mam zapalenie stawu. Nie można tego jednak stwierdzić z całą pewnością, ponieważ nie można mi zrobić roentgena, bo karmię piersią. W ogóle przez to karmienie, to nic nie mogę robić. Ani brać leków na to, ani stosować maści. Nic. Samo musi przejść. A chciałoby się poleżeć i wydobrzeć, a tutaj łapami przy Młodym trzeba machać prawie cały czas.


  • RSS