kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2013

rzecz o usypianiu

Brak komentarzy

Usypianie dziecka może być samą przyjemnością (jeśli Bobas zasypia chwilę po karmieniu i śpi snem kamiennym), ale również prawdziwą udręką. Mnie się ostatnio przez kilka dni trafiało to drugie, niestety.
Trzymasz zbyt przytomnego jak na twój gust niemowlaka w ramionach i bujach, lulasz, potrząsasz delikatnie, wyczyniasz ze swoim ciałem takie rzeczy, że fitness może się kłaniać tylko po to, żeby znaleźć taki ruch, który sprawi, że żywotne dziecko wreszcie odpłynie i będziesz mógł odetchnąć z ulgą. Niewiele jest rzeczy tak frustrujących.

Dzisiaj przełamałam chyba zła passę i A. zasnął bardzo szybko, obawiam się jednak, że zupka, którą przygotowała ciotka M. zaklinając się, że jest czyściutka, bez żadnych syfów zaszkodziła Małemu na tyle, że noc nie będzie spokojna. Już raz obudził się z płaczem, a to dopiero początek rozrywki. Już skręca się i wije jęcząc, mimo iż brzuch ma miękki…

Ostatnio chodzę jeszcze bardziej niewyspana niż normalnie (o ile to w ogóle jest możliwe) i mam naprawdę dość. Wszystko zaczęło się u Dziadka. Młody jakoś nie mógł dostosować się do sytuacji i nie chciał spać, w związku z czym sobotnią noc bardziej przedrzemałam niż spałam. I nawet kilka godzin snu, które złapałam rano wręczając M. Potomka i stwierdzając, że basta, teraz jest Twój! nie pomogły. Tę straconą noc odczuwam do teraz.
Wczoraj z kolei A. zbyt był wyspany i miał dwie godzinne przerwy w nocy na zabawy i hulanki. I nic Go nie obchodziło, że matka jest jak żywy trup i myśli o popełnieniu morderstwa.
Oby dzisiaj było spokojnie, a to, co się dzieje teraz było tylko chwilowym zgrzytem, a reszta noc będzie jak Bóg przykazał.

Dostałam zaproszenie na imprezę integracyjną od kolegów z pracy. Najlepsze jest to, że najbardziej przemawia do mnie fakt, że wyjazd jest na noc. Mogłabym przespać noc nie wstając do malucha. Najpierw imprezka z ludźmi z pracy, a potem beztroski sen. Achh. Marzenie.
Jednak wiem, że nie byłoby to zbyt rozsądne z tylu powodów, że nawet nie chce mi się ich wymieniać.
Najważniejsze jest to, co powiedziała mi niedawno koleżanka. Kiedy konieta karmi, to na jej szyji wisi taki niewidzialny łańcuch, którym przykuta jest do swojego dziecka. I nie chodzi o potrzebę opróżnienia piersi, ale najzwyczajnieszą w świecie zależność od małego człowieka. I coś w tym jest. Nawet jak zdarza mi się wyjść na chwilę z domu, to wracam praktycznie biegiem.
Ech, słodko-gorzka niewola.

Dobra, to ja oblałem.

Brak komentarzy

Małego Sukinkota musiałam dzisiaj usypiać ponad godzinę. Jeszcze tak źle nie było. Chodziłam, bujałam, kołysałam, czego ja jeszcze nie robiłam z nogami, to się wszystkie fitnesy mogą pochować. A temu Skurczybykowi nawet powieka w dół nie drgnęła. Już rozważałam położenie Go do łóżeczka i jak będzie się darł, to po prostu olania sprawy, ale chyba wyczuł pismo nosem i wreszcie zasnął.

Sąsiedzi z góry urządzili ponownie dość kłopotliwą dla otoczenia imprezę. Nie wiem co jest w tych ludziach, ale zachowują się jakby mieszkali w domku na odludziu. Głośna muzyka i krzyki o 2, 3 w nocy, to absolutna norma. Chyba im podpalę wycieraczkę, to może wypłoszy ich gości. Co dziwniejsze muzyki zaczynają słuchać dopiero gdzieś tak koło 1. I to nie cicho, nie nie nie nie.

Jutro jedziemy do Starachowic, do Dziadka.

Muszę kupić Młodemu żyrafkę Sophie. Podobno dzieci mają fioła na jej punkcie. Zastanawiam się, czy nie dosypują jakiś bobasowych dragów do materiału, z którego jest zrobiona, ale przetestuję to mimo wszystko na własnym dziecku.

Idź sobie.

Brak komentarzy

Stało się! Dziecko mi dzisiaj spadło z kanapy. Apokalipsa, która się potem rozpoczęła będzie wspominana przez pokolenia. Mianowicie: Dziecko w ryk (nic mu się na szczęście nie stało. Nawet nie nabił sobie guza), a Zołza dostała jakiejś kociej furii. Nie wiem, czy myślała, że robię Małemu krzywdę (o tak szlachetne uczucia bym jej raczej nie podejrzewała), czy dźwięki, które wydawało Dziecko sprawiły, że myślała, że jest tam inny kot i broniła swego terytorium (ta opcja jest jak dla mnie najbardziej prawdopodobna), ale zaczęła mnie atakować z szalejem w oczach. Z Mruczka zmieniła się w dzikiego kota. Nawet się posikała trochę. Musiałam narzucić na nią kołdrę, żeby jej uciec i zamknąć w sypialni. To było straszne.
Dopiero po dobrej półgodzinie uspokoiła się trochę.
Mimo wszystko jakaś cząstka mojego uczucia do tego sierściucha dzisiaj umarła. Wypłynęła razem z krwią z szarpanych ran łydki. Straciłam też do niej zaufanie, bo nie wiem, czy jeśli Młody zacznie płakać następnym razem znowu kotu coś nie odpierdzieli i nie zacznie się na mnie rzucać z sykiem.
Czekała aż trzy miesiące, żeby zacząć tak reagować na Jego płacz.

W weekend jedziemy do Dziadka, do Starachowic. Trochę się boję, jak Młody zniesie tam noc. Z reguły jest spokojny, ale teraz do ewentualnego obudzenia ma trzy osoby więcej. A wiadomo, że dziecko lubi publikę :o)

Jutro Dziecina skończy 12 tygodni. Gaziory są jakby mniejsze. Nie wiem, czy to zasługa mojej diety, tego, że jest coraz starszy, czy espumisanów i probiotyków. W każdym razie efekt widać, a to najważniejsze. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzisiejsza noc będzie katostrofą tylko dlatego, że napisałam tutaj, że jest lepiej. Jakoś tak to u Niego działa, że jak pochwalę, to udowadnia mi, że e-e.

Czuję się grubo i nieatrakcyjnie. Bardzo nieatrakcyjnie.

Czasem warto dostać w mordę.

Brak komentarzy

Młodemu się coś poprzestawiało i już drugi tydzień ciągniemy gehennę z częstszym niż początkowo budzeniem się w nocy. Ilość nocnych pobudek podwoiła się. I mimo iż nadal jest to wstawanie na max 20 minut, to cierpię z tego powodu strasznie. Wszystkiemu oczywiście winne są wstrętne i znienawidzone przeze mnie gazy, które Go wybudzają po raz pierwszy (wtedy, kiedy teoretycznie powinien spać znacznie dłużej) i potem to już się ciągnie co 1,5/2h. Kiedy to się skończy, pytam?!
Jedyne co mnie pociesza i jest mym światłem w tunelu, to fakt, że zaraz będziemy na półmetku. I mojego karmienia i, mam nadzieję, rewelacji żołądkowych. Kiedy Młodego nie będzie skręcać, to nasze życie będzie wyglądało o niebo lepiej. Przynajmniej mam taką nadzieję :D
I jeśli jest jakaś sprawiedliwość dziejowa, to Syn powinien znieść ząbkowanie wzorowo. Bo ileż można!

Postanowiłam, że moja beznadziejna dieta nie będzie mnie ograniczać aż tak bardzo jak do tej pory i wzięłam się za przepisy na diecie bezbiałkowej. Niektóre są naprawdę rewelacyjne. Na początek wzięłam słodkości. Zajadałam się już ciastkami kukurydzianymi, teraz robię ciasto z żurawiną i kruszonką, a następne pójdą na warsztat muffinki. I póki co zbastuję, żeby obwód mojego brzucha nie powiększył się jeszcze bardziej. Bo, co frustrujące, pomimo restrykcyjnej diety nie zgubiłam ani kilograma. Przynajmniej tak mi się wydaje. I w ogóle wyglądam beznadziejnie!

My computer thinks I’m gey

Brak komentarzy

Jestem tak niewyspana, że nie potrafię tego opisać. Po raz pierwszy w życiu mam cienie pod oczami (nie miałam ich nawet po grubszej imprezie, a za młodu zdarzało mi się imprezować 72 godziny bez snu), a kiedy zmyję makijaż wyglądam jak stara, sterana życiem kobieta.
Przerażające.

Chciałabym wziąć urlop, ale nie wiem do kogo zanieść wniosek. Może jakaś malutka podpowiedź?

Młody zaczął wywijać ciałem i zmieniać położenie, co troszkę utrudnia opiekę nad Nim. Czekam jeszcze na moment, kiedy mi spadnie. Że to się kiedyś stanie, tego jestem pewna, mam tylko nadzieję, że nie będzie to nic groźnego.

Taki tam… bilansik.

Brak komentarzy

Kupiłam sobie kalosze na spacery z Młodym. Nie są to może huntery za 800 PLN, ale ujdą :o)
Teraz zamierzam naciągnąć małżonka na spódnicę do zakupu której zbieram się trzy lata, ale cena z roku na rok rosnąca za każdym razem lekko mnie odstrasza. W tym roku postanowiłam, że basta! Kupuję ją i już! I fakt, że został mi jeszcze brzuch po ciąży, którego pewnie nigdy się nie pozbędę i pewnie rozsądniej byłoby poczekać jeszcze parę miesięcy, nie zmieni mojego zdania. Jeśli zdarzy się cud i rzeczywiście schudnę, to spodnicę się przerobi. O!

W ogóle już mogę lekko zrobić bilans strat po ciąży i stwierdzam, że nie jest źle, ale nie jest też dobrze. Mam rozstępy na brzuchu, wystający brzuch, którego nie mogę zgubić, a moje wypełnione mlekiem cycki… Pozostawię to bez komentarza.
Do tego palce, które mi przytyły i obrączka mnie lekko uwiera (ale już wchodzi na palec, a to osiągnięcie!) i stopy, które nie mieszczą się we wszystkie moje wspaniałe buty. Kiedy przymierzyłam płaszcz zimowy okazało się, że mogę zapomnieć, żeby dobrze w nim wyglądać. Lekko się załamałam.

Słyszałam, ze dopóki karmię takie rzeczy będą się zdarzały. Jestem większa tu i ówdzie, a to przejdzie razem z mlekiem. Mam nadzieję, że rzeczywiście tak będzie, a jak nie, to po prostu wywalę wszystko, co źle na mnie leży i w lutym pójdę na mega zakupy. I niech mnie tylko ktokolwiek spróbuje powstrzymać!

macierzyństwo non-fiction

Brak komentarzy

Dobra, zbierałam się, zbierałam i napiszę tę notkę. Ponieważ okres mam taki, a nie inny (czyli jest ch**owo), to i się ulało.

Wiadomo, że dzieci, to w ogólnym rozrachunku radość i miłość, ale powszechnie wiadomo, że bywają chwile, kiedy człowiek (czyt. Matka) ma ochotę walnąć sobie w łeb!
Oto moja ciemna strona macierzyństwa:

* Nie lubię karmienia piersią. Uważam wręcz, że jest to trochę obrzydliwe. Nie czuję, że podczas karmienia wytwarza się między mną, a Potomstwem magiczna więź. Dodatkowo silny ból, który moje Dziecko często potem odzczuwa powoduje, że coraz częściej i poważniej zastanawiam się, czy nie przejść na mleko modyfikowane. Tylko i wyłącznie fakt, że jest to teoretycznie dla Niego najlepszy i najzdrowszy pokarm powoduje, że jeszcze tego wszystkiego nie pierdolnęłam. Ale przyznaję, że walczyć muszę każdego dnia.
To i oczywiście magiczny trzeci miesiąc, który A. niedługo ukończy i, który miejmy nadzieję, że przyniesie ulgę i brak bólu.

* Nie spędzam ze swoim Dzieckiem całego dnia na zabawach edukacyjnych, ćwiczeniach, czytaniu Mu wierszyków i bajek, przemawianiu do Niego lub patrzeniu sobie głęboko w oczy zakochanym wzrokiem. Ba! Bywają dni, kiedy w ogóle tego nie robię. Czasami, kiedy jest bardzo spokojny, zostawiam Go, żeby zajmował się sam sobą i czytam książkę, oglądam film lub po prostu mam czas dla siebie.
Bywają dni, kiedy A. jest Małym Aniołem, a ja zostawiam Go na kocyku lub macie nawet przez kilka godzin i praktycznie nie podnoszę (poza karmieniem oczywiście) od czasu do czasu rzucając Mu tylko jakieś czułe słówko.
Mam potem straszne wyrzuty sumienia.

* Kiedy mam mega lenia i nie chce mi się nawet brać prysznica (a i takie dni zdarzają się wcale nierzadko), nie wychodzę z Dzieckiem na spacer. Mimo iż wiem, że spacer Go hartuje i powinniśmy godzinami spacerować, jeśli pagoda sprzyja, to tego nie robię, bo mi się po prostu nie chce.
I fakt, że A. nie przepada za spacerami wcale mi w tym nie pomaga.

* Czasami płaczę, kiedy jestem zmęczona lub wkurzona na Młodego i myśli które mnie wtedy ogarniają są dalekie od pełnych miłości, a Jego płacz tylko pogarsza sytuację.

* Parę razy miałam myśl, że żałuję, że się urodził.
… serce mine zabolało jak to przeczytałam.

* Codziennie wyczekuję 19-stej i momentu, w którym zaczniemy szykować Go do snu, z ogromnym wytęsknieniem. Czas, który następuje po Jego zaśnięciu traktuję jako okres wolności i jeśli zdarzy się, że Syn obudzi się wcześniej (bo boli, coś się śniło, albo jakieś inne zakłócenia) często odczuwam irytację.

* Pomimo tego, że wiem, że powinnam jeść tylko wybrane produkty i surowo przestrzegać diety bardzo często zdarza mi się „złamać” i zjeść coś teoretycznie zdrowego, na co nie wiem jak A. zareaguje. To, że po takich eksperymentach męczę się razem z Nim, to inna sprawa.

* Tęsknię za swim życiem „sprzed Dziecka” i często zazdrosnym okiem spoglądam na bezdzietnych ludzi.

* Bywają momenty, kiedy mam ochotę walnąć wszystko, wyjść z domu i naprawdę nie interesuje mnie to, co wtedy będzie się tam działo. Po prostu wyjść i iść przed siebie.

* Przeklinam przy Dziecku.

* Ze dwa razy zdarzyło mi się kłócić z M., kiedy trzymałam Małego na rękach.

* Dziecko nie jest dla mnie ważniejsze niż ja. Nie jest nawet ważniejsze niż mój Mąż.

Wszystko zebrane do kupy brzmi naprawdę strasznie. Zupełnie tak, jak „nie przystoi Matce”.

Żeby było jasne, Synek jest wspaniałym, pogodnym, radosnym i przekochanym Dzieckiem, za które oddałabym życie. Miłość ta jednak nie dopadła mnie od pierwszego wejrzenia. Musiała dojrzeć i z czasem jest coraz silniejsza. Generalnie nie wyobrażam sobie już Naszego świata bez tej Małej Kruszyny, ale nie jestem jedną z tych Matek, które zatracają się całkowicie w Potomstwie i gubią gdzieś siebie oraz opowiadają wkoło jaki to cudowny czas.
I wcale nie zamierzam bić się z tego powodu w pierś.

Take a chill pill

Brak komentarzy

Łaziłaś głupia babo i gadałaś wszystkim naookoło, że masz takie cudowne i wspaniałe Dziecko, które pozwala pospać w nocy, to Ono postanowiło udowodnić Ci, że jest inaczej. Nie wiem, czy powodem tego był nasz dość późny powrót do domu, czy znowu coś zeżarłam (chociaż naprawdę nie mam pomysłu, co by to mogło być, bo nie jadłam NIC!!! co teoretycznie mogłoby Mu zaszkodzić), ale fakt pozostaje faktem, że się w nocy męczył.

Jestem już zmęczona fizycznie i psychicznie. Zmęczona swoją bezradnością, bólem swojego Dziecka, ubogą dietą i niedospaniem. Sama już nie wiem, co powinnam jeść, żeby wszystko było dobrze. Chyba suchy chleb z wodą. Mam ochotę się poddać.
Do tego wszystkiego dochodzi strach, że Młody będzie miał jakąś alergię na laktozę, skazę białkową, albo jakieś inne cholerstwo. Muszę Mu zacząć rozszerzać dietę, bo Jego żołądek musi się nauczyć radzić sobie z trawieniem różnych rzeczy. Natomiast jeśli On w tak straszliwy sposób reaguje na nabiał, który bądź co bądź dostaje przerobiony, to jak zareaguje, jak dostanie bezpośrednio? Muszę porozmawiać z Jego pediatrą podczas następnej wizyty, może Ona mnie uspokoi… albo wręcz przeciwnie.

Dzisiaj Potomstwo udowodniło mi, że jest stuprocentowym mężczyzną. Próbowałam Go nakłonić na wspólną drzemeczkę pod kocykiem, na co On puścił głośnego bąka, następnie zamachał nogami, żeby smród szybciej wydostał się na zewnątrz, walnął mnie w oko i puścił lekkiego rzyga. Po tym incydencie pozostawiłam Go pod czułą opieką Taty, a sama udałam się do sypialni, żeby tam chociaż trochę próbować odespać rewelacje ostatniej nocy.
Mam nadzieję, że dzisiejsza będzie przespana (o tyle, o ile).

I tym optymistycznym akcentem zakończę tę bądź co bądź lekko zdesperowaną notkę.

1 komentarz

Dzisiaj jest ten dzień, w którym skrzywdziłam swoje Dziecko. Obcinając Mu paznokcie cążkami, przycięłam niechcący opuszek paluszka. Ach, co to był za ryk! Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że cała akcja odbywała się „na śpiocha”. Wyobraźcie sobie jak to jest skrzywdzić uosobienie niewinności, a wtedy poczujecie się tak źle jak ja.
No i już nie obcinam Dziecku paznokci cążkami.
A na paluszku został ślad po moim niecnym występku.

Od środy jesteśmy u moich Rodziców. Są zachwyceni i zakochani we Wnuku, a Mały daje im wszelkie ku temu powody, rozdawając uśmiechy.
Naprawdę fajny się robi ten nasz Synek.

Jutro wracamy do domu i chociaż jest naprawdę miło, to miło będzie wrócić już do domu.

Proszę. Zostawiłam Faceta samego z Potomkiem na parę godzin w biały dzień i od razu bardziej docenia moją robotę. Już nie ma gadania, że dziecko to tylko je, śpi i sra :o) A Mały niestety dał Tatusiowi do wiwatu, nie ma co.

W ogóle, to zupełnie inaczej miała wyglądać ta niedziela, ale niestety nie wyszło. Jak zwykle. Już się trochę przyzwyczaiłam.

Zmęczona jestem Dzieckiem ostatnio. Zwłaszcza, że postanowił się zbuntować i po słodkich nocach, kiedy budził się bardzo rzadko i wydawało mi się, że idziemy już w dobrym kierunku, nagle się Dziecinie odwróciło i postanowił mnie budzić 4 razy. Przyznam, że od wczoraj chodzą mi po głowie myśli, które nie przystoją matce Małego Słodkiego Bobaska, ale wszystkiemu winne zmęczenie.

Po zeszłotygodniowej nabiałowej fieście postanowiłam wrocić jednak do sucharów i gotowanego kurczaka z ryżem. Młody niezbyt dobrze przyjął moje chocki klocki żywieniowe i stare dobre nocne wygibasy z popiskiwaniem wróciły. A, że mam miękkie serce i po prostu nie mogę na to patrzeć, to przywróciłam rygor i NIC dobrego do jedzenia. Szkoda mi tylko tego czasu, który już poświęciłam, żeby wyczyścić swój organizm z wszelkich szkodzących Małemu czynników. Już było całkiem nieźle, a teraz jesteśmy znów w punkcie wyjścia…. No, może nie jest jeszcze tak źle, jak było na początku, ale niezbyt dobrze.
Co idzie za przywróceniem tej obrzydliwie jednostajnej i niesmacznej diety znowu powróciły myśli, żeby przestać karmić piersią. Pokusa jest niesamowicie duża, ale nie zrezygnuję przecież. Znam laski, które zagryzały drewniane łyżki, tak je bolało podczas karmienia przez pierwsze miesiące i One nie zrezygnowały, a ja mam to zrobić tylko dlatego, że mam ochotę na czekoladę? Wstyd.

Ponieważ M. wybiera się w delegację… znowu… ja postanowiłam pojechać do Rodziców. Nie chce mi się samej siedzieć w domu, a Oni na pewno ucieszą się z odwiedzin Wnuka. W końcu nie widzieli Go już miesiąc.


  • RSS