kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2013

Dzisiaj byliśmy na drugim szczepieniu. Trochę późno, ale nie było wcześniej wolnych terminów. Pediatra wykluczyła całkowicie jakąkolwiek alergię pokarmową, co (przyznaję) sprawiło, że kamień spadł mi z serca. Powiedziała, że w ciągu miesiąca problem powinien zniknąć całkowicie. Zobaczymy! W każdym razie absolutnie mam jeść nabiał (bo to nie zrobi podobno dziecku żadnej różnicy), a także poczekać z rozszerzaniem diety do następnej wizyty. Wtedy porozmawiamy o nowej diecie. Szkoda. Bardzo się cieszyłam, że wprowadzę Młodego w świat nowych smaków już w przyszły weekend. Zakupiłam już nawet odpowiednie słoiczki. Z drugiej jednak strony, jeśli ma mi to zapewnić lepszy sen, to poczekam ten miesiąc. Nie zbawi mnie to, a Dziecko jeszcze się w życiu naje różnych różności.
Generalnie Synek, to okaz zdrowia i rozwija się idealnie. Szczepienia tradycyjnie nie zniósł jak mężczyzna, ale cóż zrobić. Trzeba to znieść.

Niestety do końca dnia zachowywał się jak mała Maruda. Ja nie wiem. Są niemowlęta, które po szczepieniu cały dzień śpią (ich matki błogosławią – dosłownie! – dni, kiedy idą na szczepienie. Ja? Przeklinam.), ale nie mój Syn. On się musi oczywiście wyróżniać! Dzięki Bogu, że M. u mnie dzisiaj była, bo bite 5 godzin nosiła Go na rękach. Błogosławiona Kobieta! A potem, to już było tylko gorzej. Płakał bez powodu i takie tam. Rozczulająco wtulał się też w moją szyję, jak zasypiał. Zobaczymy jak będzie w nocy.

W sobotę idę z E. na urodzinowe drynki. Bardzo dobrze mi zrobi wyjście z domu. Szkoda tylko, że nie możemy się też wyrwać gdzieś razem z M. Trzeba będzie jeszcze przed świętami coś zorganizować, bo coś czuję, że wspólne wyjście dobrze by nam zrobiło.
Czy to normalne, że odczuwam wyrzuty sumienia, że wychodzę bez dziecka z sobotę i jeszcze się z tego cieszę?
Pieprzone uroki macierzyństwa!

Żeby nam się nie nudziło A. postanowił ponownie zmienić swoje nawyki wieczorne i od dwóch dni zasypia zanim doje kolację. Po 18-stej zaczyna się dosłownie przelewać przez ręce, więc musimy kąpać Go wcześniej i szybko kłaść. Dzisiaj jak Go M. położył na przewijaku w łazience i zaczął przygotowywać do kąpieli, to Młody zasypiał z głupkowatą miną na twarzy :o) Ja tam nie narzekam. Dzisiaj od 18:50 jest cisza i spokój, a Junior śpi jak mały aniołek przewrócony na brzuszek. Zauważyłam, że z brzuchem lepiej, jak sobie parę godzin pośpi na brzuchu. Szkoda, że po karmieniu nocnym nie mogę Go tak przewracać, bo zasypiam.
Dzisiaj mam postanowienie, że będę się starała wstawać do Niego więcej. Ostatnio wychodzi to raczej tak, że pierwsze karmienie owszem, jest normalne, na kanapie, ale następne, to po prostu położenie Dziecka koło siebie w łóżku i nie mam pojęcia ile razy Go karmię, bo po prostu robię to przez sen praktycznie. Plus jest taki, że nie jestem taka zmęczona, ale minusy, to: brak odbijania, co powoduje, że Małemu się dość sporo ulewa i śpi w lekkiej kałuży, a także skręca Go bardziej nad ranem, a także przyzwyczaja się do spania z rodzicami w łóżku i co gorsza, traktuje Mamusię jak smoczek. Także więcej samozaparcia będzie mi potrzebne.
Zwłaszcza, że grudzień jest miesiącem, kiedy zamierzam powoli przechodzić na pokarm sztuczny, także i tak będę musiała wstawać i tak, a jeśli los mi sprzyja, to niedługo zaczną się przespane noce!!! Słyszeli mnie wszyscy?
NO!

Włosy mi wypadają w ilościach dość sporych. Już się nawet zaczęłam cieszyć, że mnie to ominie (bo tego się prawdę powiedziawszy bałam najbardziej), a tu dupa. Jakby mi naprawdę miało co wypadać. Ledwo mam trzy na krzyż, a one postanawiają mnie opuścić. Najśmieszniejsze jest to, że nawet jak są na maksa spięte, tak, żeby już naprawdę nie miały możliwości wypadnięcia, to i tak je wszędzie znajduję. Bez sęsu.

Pierwszy spacer w kombinezonie-misiu mamy już za sobą. Dziecina się lekko zgrzała, mimo iż było dość zimno, ale nic nie poradzę na to, że klimatyzację odziedziczył zdaje się po Tatusiu, biedne Dziecko. Będzie się pocił aż miło.

Zdajecie sobie sprawę, że już za miesiąc święta?
Z tej okazji postanowiłam wreszcie, że mój mąż zrobi mi prezent i kupi pozostałe sezony SATC, które kupuję już trzy lata.
A ja je sobie powolutku zacznę oglądać :o)

Even steven

Brak komentarzy

Jest 08:30, a ja już jestem zmęczona. Coś się Dziecku poprzestawiało i od prawie tygodnia strasznie długo się Go usypia. Wczoraj zajęło mi to 1,5 h i szczerze mówiąc byłam na skraju wytrzymałości i psychicznej i fizycznej. Fizycznej, ponieważ Juniora usypia określony ruch. Jest to bujanie „sprężyste”, czyli podskakiwanie „na sprężynkę”, co sprawiło, że moje łydki dosłownie mi odpadały.

Trochę się w ogóle przeforsowałam ostatnio, bo postanowiłam przewietrzyć głowę i skorzystać z coraz rzadziej pojawiającego się słońca i umówiłam się z P. na spacer do Łazienek. Spacer solidny, bo 3-godzinny. Nie widziałyśmy się dawno, to dużo było do obgadania. A, że do Łazienek mam blisko, bo około 30-stominutowy spacerek, to poszłam w obie strony na piechotę. Kiedy wróciłam do domu byłam przemarznięta do szpiku kości i zmęczona jak cholera. A tutaj jeszcze z A. trzeba było zapierdzielać, bo Dzidzia się przecież wyspała na spacerze.

Także teraz idę się zdrzemnąć, korzystając z momentu, że Dziecina śpi.

Ok. Po trzech i pół miesiącach diety, rezygnacji ze wszystkiego, co lubię i co jest smaczne oraz nocnego męczennictwa doszłam do etapu, w którym pogodziłam się ze wszystkim i optymistyczniej patrzę na okołodzieciowe sprawy.
Spoko, nie oznacza to, że nie mam słabszych momentów (jak np. wczoraj, kiedy Młodociany nie chciał zasnąć do 21:30 pomimo tego, że robiłam z Nim dosłownie wszystko!), ale jest dużo lepiej.
Po pierwsze nie myślę cały czas o tym, co bym zjadła. Tak naprawdę, to od paru dni jem, bo muszę coś jeść, a nie dlatego, że chcę. Kiedy przychodzą goście, wystawiam na stół smakołyki i ani trochę mnie nie kusi, żeby coś stamtąd zjeść albo chociażby uszczknąć.
Poza tym noce są coraz lepsze. Młody budzi się rzadziej, a skręcać zaczyna Go dopiero nad ranem, a i wtedy bardziej przeszkadza to mnie, niż Jemu, więc da się żyć. Poza tym, jak się Go „odbączy”, to i wtedy jest spokój.
Także rokowania na przyszłość w chwili obecnej są raczej optymistyczne.

Teraz jeszcze „TYLKO” trzeba nauczyć Młodzieniaszka zasypiania samemu i będzie git!

Troublemaker

Brak komentarzy

Miniona noc była mieszana. Najpierw do 4 Młody zachowywał się jak Mały Anioł. Nie skręcało Go w ogóle, o 3 obudził się na karmienie po raz pierwszy (!!!!) i, kiedy już zaczęłam we mnie kiełkować nadzieja, że może to wreszcie koniec, po czwartej się zaczęło. Wykręcanie, stękanie, budzenie i marudzenie. Także idealna noc zakończyła się tak jak zwykle.

Jeśli chodzi o wczorajszy wieczór, to było bardzo podobnie. Dziecina zasnęła w trzy sekundy, a ja wiedziałam, że coś za łatwo mi poszło. Pół godziny później okazało się, że miałam rację. Jak się Skurczybyk obudził, tak nie zasnął do 22. Dramaty, które się wydarzyły potem mogę przypisać tylko sobie. Zarówno to, że niekonsekwentnie postanowiłam nauczyć Bobasa zasypiać samemu (po 20 minutach skapitulowałam, ale On był już tak roztrzęsiony, że nie udało mi się Go tak szybko utulić znowu do snu) oraz ponowny koci amok. O 22 poszłam spać sterana jak maratończyk.
A noc, to już wiadomo.

Dzisiaj natomiast zamiast sączyć drinka w Rawie Mazowieckiej walczymy oboje z A, który ma zmienne nastroje. Od totalnej rozpaczy i płaczu z bóg wie jakiego powodu, po głośny śmiech i totalną radość.
Najbardziej jednak rozśmieszył mnie, kiedy podeszłam z Nim do lusterka, żeby pobawić się w Kto-Jest-Najpiękniejszym-Chłopcem-Na-Świecie i mym oczom ukazał się wyraz bezbrzeżnego cierpnienia na twarzy i piąstkę w ustach. Wystraszona chciałam z Nim lecieć do przewijaka i oglądać co się dzieje. Stawiałam na zęby. „Cierpienie” bardzo szybko zostało wyjaśnione, kiedy Jego ciałkiem zaczęły wstrząsać delikatne konwulsje. Bobasek wsadził se piąstkę zbyt głeboko i wywował u siebie odruch wymiotny. Na szczęście obyło się bez efektów, ale na bulimie, to chyba jeszcze za wcześnie, co?

Zgodnie z przewidywaniami miniona noc nie była najlepsza. Potomstwo budziło się często i grymasiło. Najdłuższa przerwa w spaniu trwała 2h, a potem nie mogłam zasnąć, bo słyszałam, jak się skręca i postękuje.
Nie wiem już co mam robić. Zwłaszcza, że dzisiaj nie jadłam prawie nic (mój obiad, to sam ryż!), a widzę, że może być podobnie. Gdyby nie fakt, że mleko modyfikowane jest cięższe i po nim może być jeszcze gorzej, to przeszłabym na sztuczny pokarm bez mrugnięcia powieką. Kiedy to się wreszcie skończy, pytam! Bo wytrzymuję już 3,5 miesiąca i nie widzę żadnej poprawy! Do tej pory czekałam aż Młody ukończy trzeci miesiąc, bo to taka magiczna granica. Potem stwierdziłam, że 3,5, to też bardzo często spotykana liczba, więc czekałam i na to, ale w niedzielę data wybija, a nie widzę najmniejszej nawet poprawy. Powoli kończą mi się siły, a i dziecina na pewno coś by dodała od siebie.
Spoko, ostatnio słyszałam, że takie ekscesy mogą się ciągnąć nawet do ósmego miesiąca (a wtedy, to już mnie zabijcie).

Syn jest jak doktor Jekyll i Mr Hide. W dzień słodki pogodny bobasek, a w nocy wyginający się i jęczący potwór.

Zaczęłam obmyślać listę prezentów gwiazdkowych (no bo co niby mam innego do roboty ;o)). Wiem co kupić Mamie i Teściowi, z Tatą też sobie poradzę, ale za boga nie wiem co kupić Teściowej. Zwłaszcza, że granicę cenową w tym roku wyznaczyliśmy dość wysoką i nie chcę, żeby na tle innych prezentów ten dla Mamy M. wypadł słabo. No nic, jeszcze mam czas.

what a damn hell!

Brak komentarzy

Chodziło za mną coś słodkiego. Zrobiłam swoje ciasteczka kukurydziane, ale z tej ochoty na coś słodkiego sypnęło mi się chyba za dużo cukru i wyszedł lekki ulepek. Czy przeszkodzi mi to w zjedzeniu ich? Ależ…
Na szczęście M. nie jest zbyt wybredny jeśli chodzi o takie rzeczy :o)
A potem się dziwię, że dupa mi nie maleje po ciąży.

Młody chyba zaczyna ząbkować, bo dzisiaj przed snem tak mocno ssał piąstkę, że aż Mu się zrobiło zaczerwienienie i trochę marudził. W ogóle ostatnio marudzi częściej niż zwykle i to chyba to. Jutro kupię Mu maść na dziąsełka.
Poza tym drobnym incydentem przy usypianiu, to dzisiaj nie miałam Dziecka. Przespał pół dnia, a drugie pół zajmował się sobą. Najprawdopodobniej spokojny dzień oznacza jednak, że będę miała dłuższą przerwę w nocy, ale to się jeszcze zobaczy.
Dzisiaj był również pierwszy dzień, kiedy Młody chwycił pewnym ruchem gryzak i wsadził go sobie do ust zgodnie z przeznaczeniem. Byłam z Niego taka dumna!

W zeszłym tygodniu mieliśmy dwie noce bez rewelacji żołądkowych. Dopiero koło 6-stej Młody zaczynał się wiercić i stękać. Duży progres. Mam nadzieję, że takie noce będą się już zdarzały coraz częściej. No bo w końcu ileż można, kurczę blade!

Zaczęłam również stopniowo rozszerzać dietę. Zobaczymy z jakim skutkiem.
Błagam, żeby koniec był już bliski, bo mnie to wykańcza i nerwowo i fizycznie, gdy Dziecina wybudza się nękany bąkami.

W porównaniu do pierwszego miesiąca, to Potomek poczynił ogromne postępy i jest zupełnie innym Bobasem.
Potrafi już:
* chwytać;
* bezbłędnie wkładać piąstki do ust;
* trzeć oczka, kiedy jest zmęczony;
* gadać jak najęty i wydawać z siebie najdziwniejsze dźwięki;
* puszczać bańki ze śliny;
* trzymać coś i wkładać to sobie do ust;
* śmiać się na głos (chociaż nie jest to taki słodki niemowlęcy śmiech…);
* przerwać jedzenie, żeby słodko się do mnie uśmiechnąć i jeść dalej.

Postanowiliśmy uczcić tę znamienną miesięcznicę, zabierając Małego na zakupy. Potrzebowałam paru rzeczy dla Niego, których nie mam w odpowiednim rozmiarze. I były to jedne z najtrudniejszych, a zarazem najfajniejszych zakupów, na jakich byłam. Dzięki Bogu, że mieliśmy dużo kasy do wydania, bo dziecięce rzeczy są przecudowne i wpadłam w prawdziwy amok. M. musiał mnie trochę przystopować, bo kupiłabym wszystko.
Przymiarki będą dopiero jutro, ale udało mi się dostać parę rzeczy, które są przesłodkie:
- kombinezon – miś;
- czapkę pilotkę z parą ciepłych rękawic;
- kurtkę z kapturem dinozaura;
- kopę śpiochów, m.in. supermana (niestety trzy pary są za małe i czeka nas wymiana);
no i Maluch dostał swego pierwszego misia. Dostał go od Ojca i od razu wsadził sobie do buzi.

Mam jednak dwa spostrzeżenia:
najfajniejsze rzeczy zaczynają się od rozmiaru 68, a do tego naszemu A. jeszcze trochę (niestety)
oraz
nie mam pojęcia jakie rozmiary kupować Małemu. W jednym sklepie rozmiar na 1-2M, to w innym 62, a to sporo (Chciałabym zobaczyć dwumiesięczne niemowlę noszące rozmiar 62!!) . I nie pomogło nawet to, że przykładałam ciuchy do Niego, bo nie uniknęłam błędów rozmiarowych. Także jeszcze sporo nauki przede mną. Na szczęście można to wymieniać.

Oczekiwałam również, że od dzisiaj jak za dotknięciem magicznej różdżki skończą się rewelacje żołądkowe. O, jakże się pomyliłam. Maluch już się dzisiaj skręcał, jak tylko położyłam Go do łóżka. W ogóle ostatnio jest gorzej, ale wiem, że już bliżej niż dalej końcowi tych szaleństw, więc wytrzymam, skoro przeszliśmy już tyle.


  • RSS