kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2013

W erze PD* siadywaliśmy z M. po pracy i rozmawialiśmy. O tym jak nam minął dzień, co się wydarzyło w pracy, albo po prostu sprzedawaliśmy sobie najświeższe ploteczki z biura. Było przyjemnie.

Teraz, kiedy M. wraca z pracy i pyta mnie jak mi minął dzień nie mam Mu absolutnie nic do powiedzienia. No bo co Mu powiem:
* jakiego koloru A. zrobił dzisiaj kupę?
* lie byliśmy na spacerze?
* o której zjadł i lie razy?
To wszystko są oczywiście fantastyczne informacje, ale przecież nie będę powtarzała tego dzień w dzień. Bo KAŻDY mój dzień wygląda prawie dokładnie tak samo. Poza jakąś ewentualną nową umiejętnością Młodego nie mam czym podzielić się z własnym Małżonkiem (i nie tylko). No bo nie chcę w kółko opowiadać o Dziecku, a nic poza tym się u mnie nie dzieje.
No, może poza jakąś fajną książką alb filmem.

Jestem nudnym towarzystwem.

I właśnie tutaj się rodzi przekonanie, że kobiety siedzące w domu z dzieckiem nie robią nic. Na pytanie M. jak minął mi dzień i co się wydarzyło odpowiadam: dzień minął mi dobrze, nie wydarzyło się nic.
Skoro więc nic się nie wydarzyło, to dlaczego słaniam się na nogach ze zmęczenia?

Już w trakcie ciąży zauważyłam, że nie ma dla mnie gorszego czasu w trakcie dnia na drzemkę, niż 15-16. Zawsze wtedy budzę się z lżejszą lub cięższą depresją. Stan ten znacznie się pogorszył, odkąd Maleństwo przyszło na świat.
Z reguły nie ucinam sobie drzemek w trakcie dnia. W dalszym ciągu szkoda mi tego wolnego czasu, kiedy mogę mieć siebie tylko dla siebie. Jednak paradoksalnie odkąd Młody zaczął przesypiać prawie całe noce (budzi mnie na karmienie o 5-tej, a potem idziemy w kimę dalej do 8-9) jestem o wiele bardziej zmęczona, niż byłam, kiedy budził mnie 2-3 razy w ciągu nocy.
Sytuacji nie pomaga fakt, że teraz o 16-stej jest ciemno choć oko wykol, a nasz dom nagle z pełnego ludzi i zamieszania stał się dotkliwie cichy i pusty (na tyle na ile cichy i pusty może stać się dom z pięciomiesięcznym niemowlakiem).

Jakie macie plany na Sylwestra? My oczywiście szalone. Pryckość dopadła nas już do końca i po raz pierwszy odkąd pamiętam jutrzejsza noc bedzie dla mnie dokładnie taka sama jak wszystkie inne. Nie zamierzam czekać do 24, tylko jeśli sen zmoże mnie wcześniej, to się położę, modląc w duchu, żeby fajerwerki o 24:00 nie obudziły naszego słodkiego bobaska.

A poza tym, to na Canal+ jest maraton Szklanej Pułapki, więc nie mamy o czym rozmawiać :o)

* PD – przed dzieckiem

Dzisiejszy dzień ogłaszam drugim w histori tak złym i męczącym dniem odkąd jesteśmy Rodzicami. Noc z resztą też nie nalezała do najlepszych i gdyby nie M., to chyba umarłabym ze zmęczenia.
Dziecinka nam ząbkuje. Najprawdopodobniej przyplątało się również coś innego (i na imię mu Jabłuszko-Ze-Słoiczka, którym ostrożnie raczę Pierworodnego od środy), co razem stworzyło mieszankę wybuchową. Dziecinka spać nie chciała. Ani w nocy, ani w dzień. Padł o 17-stej, co jest naprawdę super, kiedy się chce Dzieciaka pozbyć z horyzontu około 19-stej. Jakoś, wspólnymi siłami udało nam się Go jednak uśpić i od 20:00 jest cisza i spokój. Ale Dzieciak wyraźnie cierpiał. I żele niewiele pomagały.
Ciekawe co będzie w nocy.

Nie chcąc jednak iść w ślady Koleżanki, która swojego czasu opowiadając o Małżonku, opowiadała o Nim wyłącznie w sytuacjach nieprzychylnych (wiadomo, lepiej sobie ponarzekać niż chwalić), postanowiłam nie pisać o Młodym wyłącznie w świetle maltretującego rodziców Potwora. Przez ostatni tydzień, to było idealne Dziecko! W dzień zajmował się sobą bardzo dużo i naprawdę bywały dni, kiedy trzymałam Go na rękach tylko troszeczkę. Ładnie zasypiał, a w nocy budził się tylko raz (!!!!), około 3-4 i grzecznie szedł spać dalej. Był grzeczny, uśmiechnięty i pogodny. Taki, jakim Go lubimy! Tylko wczoraj, te wstrętne zęby…!

Święta upłynęły miło. Rodzice nawet przedłużyli swój pobyt i wyjechali dopiero dzisiaj. Winę za to ponosi trochę również nasza Słodka Pociecha, bo planowali wstępnie wracać jutro rano. Ale kto, po takiej nocy bedzie się pchał dzieciom na kwadrat. Na pewno nie moi Rodzice!

Zaczytuję się teraz w „literaturze fachowej”. Znaczy, czytam wszystko o macierzyństwie, co mi wpadnie w ręce. Jeszcze będąc w ciąży myślałam, że będę miała podejście Koleżanki, która posiadając już Latorośl unikała tego rodzaju książek, no bo w końcu wie jak to jest i jeszcze dodatkowo czytać na ten temat nie musi. Ja uwielbiam zagłębiać się w historie kobiet, które przechodziły bądź przechodzą przez to samo, co ja. Jest to delikatny rodzaj obsesji, który przynosił mi ulgę w burzy hormonów, jaka mnie ogarnęła po porodzie i tak mi już zostało. Uwielbiam!

A teraz kończąc drugie piwko i zagryzając czipsem, modlę się, żeby Mój Skarb był kochanym Dziubaskiem i dał mamusi pospać dłużej niż do 24. W ogóle byłoby super, jakby wcale nie budził się w nocy.

Morda nie szklanka

Brak komentarzy

Nie do końca rozumiem ludzi, którzy Wigilię zaczynają przygotowywać z tygodniowym wyprzedzeniem. I nie mam na myśli „nastawienia śledzi”, tylko sałatki, ryby, ciasta itp. Przecież po upływie tygodnia to nie będzie się za bardzo nadawało do jedzenia…
Może mogę sobie pozwolić na takie zdanie, bo ja nigdy nie miałam na głowie całej kolacji, a pewnie nawet gdybym miała, to i tak robiłabym wszystko na ostatnią chwilę. Tak już mam i lata szkoły, studia, a potem praca niczego mnie nie nauczyły.
Lubię robić wiele rzeczy na ostatnią chwilę i tyle!

Ale są i takie, które robię z wyprzedzeniem, więc może nie jest ze mną tak źle :o)))

Nie do końca jesteśmy oboje z M. zadowoleni z organizacji świątecznej, jaka zapanowała w naszym domu. Oczywiście nikt tutaj nie jest winny, poza małą powierzchnią mieszkaniową, ale przecież nie powiem własnym rodzicom, żeby poszli mieszkać do hotelu. Jakoś się trzeba będzie te parę dni przemęczyć.

Kupiliśmy A. dżinsy na Wigilię. Są to najsłodsze małe-dorosłe dżinsy jakie w życiu widziałam. Kiedy zastanawiałam się na głos, dlaczego w spodenkach, kurteczkach i bluzach dla niemowląt robią kieszenie, to M. spojrzał na mnie ze zdziwioną miną i powiedział:
- No przeciez gdzieś muszą chować fajki i telefon!
No tak!

Świąteczne piwko ze znajomymi z pracy zakończone całonocnym znęcaniem się Bobaska nad steraną matką! Myślałam, że wczorajszego dnia nie przetrwam, ale na szczęście już się Potomstwo zlitowało i w dzień był niezwykle grzeczny. Nawet marudzić zaczął dopiero o 18:30 i po kąpieli oraz kolacji od razu poszedł grzecznie spać.
Miałam czas, żeby odpocząć i odespać.
Dzisiaj jest całkiem nieźle.

Jutro jedziemy na poszukiwania choinki, a w niedzielę przyjeżdżają moi rodzice.
I się zacznie! Świąteczna masakra!
Postanowiłam również jutro zrobić wreszcie zakupy dla siebie. Nie będę się rozglądać za czymkolwiek dla innych, jeśli najpierw nie kupię czegoś dla siebie, bo ciuchy mam tak stare, że wstyd! Ostatnio nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby kupować sobie coś nowego, ale powoli zaczynam wracać do siebie jeśli chodzi o figurę, więc mogę poszaleć.

Jestem vampem.

Brak komentarzy

Dzisiaj jest pierwszy dzień karmienia A. wyłącznie mlekiem modyfikowanym. Decyzję podjęłam po ostatniej nocy, kiedy podałam Mu przed snem butelkę zamiast natury i Młody nawet nie drgnął, tak był spokojny. Niestety dzisiaj postanowił ząbkować i po ponad dwóch godzinach usypiania wreszcie udało mi się Go położyć do łóżeczka. Biedny Maluszek. Za każdym razem, kiedy On jęczy moje serce ściska się w bolesnym skurczu. Nie wiedziałam, że coś takiego kiedykolwiek mnie spotka, ale ja naprawdę odczuwam fizyczny ból, kiedy moje Dziecko coś boli.
Niestety Jego obecność wieczorem, mimo iż naprawdę urocza i śliczna, doprowadza mnie do szewskiej pasji. W minionym tygodniu miałam dla siebie tylko dwa wieczory i jest to zdecydowanie za mało.
Ciekawe, jak będzie wyglądała dzisiejsza noc…

Muszę iść do dentysty.

Kiedy wreszcie mogę już jeść wszystko, okazało się, że już nie mam palącej ochoty i nie myślę cały czas o zjedzeniu czegoś dobrego. Przewrotny losie.
Może mnie to jednak ustrzeże przed przybraniem tysiąca kilogramów, w momencie, kiedy zaczęłam być w miarę zadowolona ze swojej sylwetki, a większość ciuchów na mnie wisi.
Chociaż w dalszym ciągu mam zastrzeżenia co do brzucha. Siłownia powinna ten problem rozwiązać, o ile uda mi się na nią w miarę regularnie chodzić.

Pomimo tego, że rozsądek nakazuje mi dalej karmić Małego tylko sztucznie, żeby noce były spokojniejsze, za każdym razem, kiedy muszę ściągnąć trochę pokarmu, bo odnoszę wrażenie, że klatka mi eksploduje, odczuwam wyrzuty sumienia, że odbieram A. coś dobrego. Podejrzewam, że całkowitych wyrzutów pozbędę się dopiero po ukończeniu przez Niego szóstego miesiąca. Wtedy i tak planowałam przestać.
Czy to, że przestałam wcześniej czyni ze mnie złą matkę?

Wczoraj mi Młodzież dała w kość. Miałam plany na wieczór – poukładać zdjęcia. Wywołałam już wszystkie i znalazły się jakieś zaległe, to postanowiłam ostatecznie zrobić porządek w albumach i mieć to raz na zawsze z głowy. Tylko uzupełniać na bieżąco. Ale Syn stwierdził, że NIE! Budził się co pół godziny i trzeba Go było nosić i usypiać, a następnie o 22 powiedział, że basta. Po 40-stu minutach prób i wysiłków postanowiłam dać sobie spokój, włożyłam Małego w huśtawkę i zabrałam się ponownie za zdjęcia. Udało mi się to skończyć jakimś cudem około 24 (akurat M. wrócił z Trójmiasta) i po położeniu A. do łóżeczka (zwieńczonego ostatecznym sukcesem) padłam jak nieżywa. Młody obudził się tylko raz, ale wykręcało Go strasznie.
I właśnie to pomogło mi podjąć decyzję, że od dzisiaj zmieniamy mleko, bo NAN ha, to jednak nie jest to. Mój wybór padł na HIPPa. Już wcześniej to mleko podawałam, ale raczej jako uzupełnienie do karmienia piersią – raz na jakiś czas. Koleżanka zatwierdziła jego skład jako taki najbardziej naturalny (przed bebilonem się strzeżcie!). Natomiast odkryłam, że istnieje odmiana HIPPa na wzdęcia i zaparcia – i właśnie to jest mój wybór. M. ma pójść sprawdzić, czy jest w Blue City. Mam nadzieję, że się uda, bo MAM JUŻ DOŚĆ!!! Mam dość 5-ciu miesięcy wybudzanek, wyginanek i jęczenia. Chcę mieć wreszcie święty spokój wieczorami i pewność, że moje Dziecko śpi spokojnie i odpoczywa. Jestem pewna, że to by pomogło przesypiać noce i spać dłużej niż dotychczas, bo wiem, że nad ranem Go ten brzuszek po prostu wybudza.
I MAM JUŻ TEGO DOOOOOOOOOOŚĆ!!!!!!!!!!

A w ogóle, to chciałabym zgłosić reklamację. Jest 12-sty grudnia, a ja jeszcze nie słyszałam Last Christmas. Co to za święta bez Last…. Ok, wiem, że nie oglądam kanałów muzycznych i radia raczej też nie słucham, więc jedynym sposobem, żeby usłyszeć tę piosenkę byłaby wizyta George’a Michaela, który by mi ją osobiście zaśpiewał, ale mimo wszystko! To-jest-skandal! ;o)

No! Już cztery razy usypiałam Potomstwo, tak Go wygina. Wybudza się i po ptakach. Także widzę, że wieczór będzie podobny do wczorajszego. Muszę znaleźć jakiś lekki film, żeby mieć co robić w trakcie bujania.

Niespodzianką dnia jest wiadomość, że Małżonek zakupił mi na gwiazdkę samochód!!! Tylko parę jazd doszkalających i od lutego powinnam już pruć po wspaniałych polskich szosach :D Jestem równocześnie szczęśliwa i przerażona, ale nie ukrywam, że z małym dzieckiem będzie to ogromne udogodnienie. I nie będę już skazana na wiecznie zapracowanego Męża. HA!

Dwie pobudki w nocy stały się już regułą. To dobrze. Mam nadzieję, że stopniowo będzie ich zero.
Poza tym w dalszym ciągu są wyginanki i niechęć do butelki, ale na to już nic nie poradzę. Musi się Młody nauczyć i musimy to przeczekać. Przeczekać i przeczekać, cały czas to słyszę i sobie wmawiam. A kiedy wreszcie nadejdzie ten magiczny czas, że już nie trzeba będzie niczego PRZECZEKIWAĆ?!
Za to dzisiaj spaliśmy do 8:30 bez półtoragodzinnej przerwy o 5-tej, albo 6-tej.

Niby mi się ten czas wlecze. Niby wszystkie dni są takie same, ale jednak zanim się obejrzałam jest już prawie połowa grudnia. Za dwa tygodnie święta. Szok!

Żeby podkręcić przedświąteczną atmosferę, M. mnie postanowił zostawić samą i wyjechał do Gdyni. Rozumiem, że spędzić „Wigilię” ze swoją drugą rodziną, którą ostatnimi czasy zaniedbuje – przyznaję.
W związku z powyższym chyba się dzisiaj wcześniej położę. A jeśli tradycji stanie się zadość, to Młodszy obudzi mnie dopiero ok. 1:30, więc tyle godzin snu ciurkiem – ho ho ho!
Chociaż za każdym razem, jak póbuję położyć się wcześniej, to potem nie mogę zasnąć godzinami. Myślałby kto, że będę padać na pysk i zasypiać przy każdej okazji, a tutaj nie. Widocznie jestem bardziej wyspana niż mi się wydawało.
A już na pewno bardziej wyspana, niż sąsiedzi, których małe dziecko ryczy całymi nocami. Biedni ludzie.
I biedne dziecko.
A poza tym leci Wolverine, więc sama nie wiem…

Chęć na coś smacznego i jakiś alkohol, który mogłam bym wybić bez obliczania, ile potem nie będę mogła karmić i bez wyrzutów sumienia – wzrasta z każdym dniem coraz bardziej. Tym bardziej, im bliżej końca karmienia. Niby wyznaczyłam sobie koniec tego tygodnia, ale już wiem, że potrwa to dłużej. Dla dobra swojego (a raczeh wygody) i Dziecięcia.
A paczka od Mikołaja czeka nienaruszona.

A Dziecięcie już się rwie do siadania. I to naprawdę ostro. Muszę Go bardzo mocno trzymać, jak mi siedzi na kolanach, bo On już by chciał siedzieć pionowo, jak dorosły. Zamarzyło Mu się.
Też bym chciała, żeby już siedział, bo się wtedy skończą problemy z bąkami i odbijaniem. Dziecku po prostu będzie się odbijało samo. Nie będę musiała w tym uczestniczyć ;o)

Ini łini

Brak komentarzy

Karmienie sztuczne idzie nam tak sobie. Trzymam się i nawet jak Młody stara się mnie zmusić do podania piersi, to się opieram. Niestety chyba będę musiała potestować z mlekiem, bo bebilon comfort absolutnie odpada, teraz dokańczamy hippa, ale coś Mu też nie idzie. Następne w kolejce – NAN. Zobaczymy jak będzie po tym. Oby się tylko jakichś zaparć nie nabawił.

Niestety gazowe wygibasy w nocy są straszne. Jest chyba trochę gorzej niż było. Powody na pewno są co najmniej dwa:

- trochę przestałam się przejmować dietą. Wiadomo, że nie rzuciłam się od razu na ciasto z kremem i frytki, ale zjadłam Marsa;
- mleko modyfikowane jest ciężkostrawne w porównaniu do mleka matki. Żołądek Młodego musi się przystosować do większej pracy.

W połączeniu, obie opcje dają budzenie się z płaczem i tego typu rozrywki. Chyba, że uda mi się Go położyć na brzuchu. Wtedy śpi spokojnie. W nocy udało mi się tego dokonać dwa razy, przez co Junior spał na brzuchu z 6-7 godzin w sumie. No i pobudek nie było tak dużo, ale to akurat zasługa mleka modyfikowanego, które wystarcza na dłużej.

Zauważyłam też niebywały komfort karmienia dziecka co 3-4, a nie co dwie godziny. Nawet sobie nie wyobrażacie jaka to różnica. Człowiek już może coś zrobić konkretnego. Nawet bardzo konkretnie wyjść.

Prezenty pod choinkę dla Starszyzny już zakupione. Teraz tylko czekam aż przyjdą. Wyjątkowo łatwo poszło w tym roku. Teraz nie pozostaje nic innego, jak kupić jakiś drobiazg dla Syna (potrzebniejsze rzeczy dostanie od Dziadków, a nie chcę Go zasypywać kolejnymi zabawkami) i Małżonka. Na szczęście oba prezenty już są wybrane, także w tym roku nie musiałam się głowić.
A i nawet byłam w stanie powiedzieć wszystkim wkoło co dla innych (no bo przecież to mnie o to pytali, echhh).

M. dostał z pracy paczkę dla A. – słodycze. Bardzo trafiony prezent dla czteromiesięczniaka :o) Z chęcią bym Mu pomogła w pozbyciu się tego, ale niestety nie mogę… JESZCZE! Muahahahaha.

Jestem też przerażona tym, jak szybko tracę pokarm. W takim tempie skończę karmić Syna o wiele szybciej niż zakładałam i do wigilijnego stołu zasiądę już bez żadnych wyrzeczeń.
Trochę mi szkoda…
… ale chyba bardziej nie mogę się doczekać.

Ale się robi paskudnie za oknem. Miałam jechać odebrać prezent dla M., ale chyba wstrzymam się do jutra. Najchętniej, to bym się zakopała pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty albo przepysznej kawy (której nie piłam od nie wiem kiedy) i książką, ale nie mogę, bo ząbkującego Władcę trzeba nosić na rękach i uspokajać.

Pękł czwarty miesiąc.
Nowe umiejętności, poza byciem kompletnie kontaktowym:

* Okręcanie się wokół własnej osi;
* chwytanie w rączkę (coraz mniejszego) przedmiotu i wkładanie sobie tego do buzi;
* utrata zaufania do mamusi. Przestał ufnie otwierać usta, kiedy Mu coś podaję (witaminy, probiotyk). Trzyma je zaciśnięte dopóki nie przekona się, co dostaje. Bardzo to utrudnia podawanie Mu witamin, których nie znosi;
* uchwyt ma wręcz stalowy i łapie wszystko, co Mu się nawinie pod rękę: zabawki, kocyki, moją szyję. Jestem cała poszczypana;
* leżąc na brzuchu wysoko podnosi głowę i barki. Potrafi tak leżeć całe minuty;
* potrafi przekręcać się z pleców na brzuch (i płakać po dokonaniu tego) oraz na odwrót.

Także nowych umiejętności jest co niemiara. Stare są udoskonalane z każdym dniem. Naprawdę się z Niego zrobił Mały Facet.
Waży 6,2 kg i mierzy na oko, ponad 62 cm.
Powolutku przechodzimy też na karmienie sztuczne. Póki co karmię Go trzy razy dziennie (starts today), za dwa tygodnie dwa razy, a za kolejne dwa – raz. I będzie po wszystkim. Ciekawe jak będą wyglądały noce… I jak Młody Człowiek przyjmie tę zmianę. Póki co – akceptuje bez zastrzeżeń.

Mam również przemyślenia dotyczące macierzyństwa. Kiedy patrzę na Niego, jak jest taki słodki i roześmiany, to jestem rozbita. Z jednej strony chciałabym, żeby już był starszy i, żeby skończyło się to uciążliwe budzenie w nocy, noszenie na rękach i żebym miała więcej czasu dla siebie. Z drugiej natomiast, On jest taki słodki i rozkoszny, że nie chciałabym, żeby rósł i odsuwał się od nas.
Uwielbiam momenty, kiedy się budzi, ja się nad Nim pochylam, a On uśmiecha się całą twarzą i chce, żeby Go wziąć na ręce. To są chwile, które będę wspominać do końca życia. Niestety nie da się tego uchwycić na zdjęciu, bo Młody, kiedy widzi aparat często interesuje się już tylko tym.

Także tak powoli mija nam dzień za dniem.
I tylko czasem potrzebuję chwili oddechu. Jak np. relaksujące wyjście na drinki w sobotę z E. :o)


  • RSS