kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2014

I’ve got nothing.

Brak komentarzy

Nastąpiła dzisiaj fizyczna interakcja Potomstwa z Kotem. Ale nie w taki czuły sposób, w jaki Młody zrobił to wcześniej (czyli chwycił pełną garścią sierść kota i zaczął ją do siebie przyciągać z zamiarem włożenia do ust), ale delikatnie ją pogłaskał.
Radości było co niemiara. Oczywiście ze strony Dziecka, nie zwierzęcia. Zwierzę z gracją odeszło, ale ta gracja podszyta była lekką paniką.

Poza fizyczną interakcją Dziecko-Kot, nastąpiła również rozbryzgowa reakcja koci rzyg-mata edukacyjna. Niestety z Dzieciną na niej. Kiedy weszłam do pokoju Mały właśnie wkładał swój gryzak w te rzygowiny z zamiarem wzięcia go ponownie do ust. Mam nadzieję, że był to pierwszy raz, a nie dokładka. Ale co tam. Muszę się psychicznie przygotować na gorsze rzeczy, bo jak się zacznie samodzielnie poruszać po mieszkaniu, to niestety czekają na Niego ciekawsze rzeczy. Kuweta pełna jest skarbów.

Uczę A. samodzielnego zasypiania. Na 4 usypiania, 1,5 można nazwać sukcesem.
O wieczornym oczywiście mogę zapomnieć. Na to jest jeszcze zbyt wcześnie.

Głodna jestem, a nie wiem, co zrobić na obiad…
Po przepysznej zupie grzybowej z wczoraj, w której to znalazłam leśne igliwie (podobno do niektórych zup dodaje się igły, a nawet gałązki. Dla smaku. Ale to chyba nie ten rodzaj zupy), jakoś nie mam ochoty na nic gotowego.

Pierworodny miał cykl nocy, kiedy to wstawał na parę godzinek i świetnie się bawił, a ja musiałam Mu oczywiście towarzyszyć z książką z dłoniach.
Ja bardzo lubiłam kiedyś takie noce, kiedy spać mi się nie chciało, budziłam się koło 3/4 i oglądałam jakiś fajny film, albo czytałam książkę. Możecie mi wierzyć, że KIEDYŚ takie noce lubiłam. Teraz już nie. Pewnie dlatego, że mam pobudkę koło 3/4 każdej nocy niemalże i nie jest to z mojego wyboru, tylko narzucone odgórnie od szefa, który nie znosi sprzeciwu!

Wczoraj na szczęście spał ładnie i obudził się na 10 minutek, więc spoko!

M. mi się zajeżdża. Pracuje niemal 24/dobę. W biurze, w domu, w samochodzie. Czekam aż się wykończy, bo urlopu porządnego, to On nie miał od dwóch lat. Organizm kiedyś musi powiedzieć basta!

Zamówiłam sobie karnet na siłownię. Zamierzam ruszyć tłuste dupsko. Oznacza to również, że będę się mogła w dalszym ciągu opychać pysznościami, ale będę miała mniejsze wyrzuty sumienia, bo przecież „chodzę na siłownię” :o) W ogóle stan mojej dupy z lekka mnie przeraża, ale nie będę o tym myślała.

Weekend w Elblągu. Może nie jest to najlepszy moment na wyjazdy, ale Dziadkowie nie widzieli Wnuka od świąt, więc wydaje mi się, że czas już najwyższy.

Wyszłam dzisiaj z Synem na spacer. Cóż za brak odpowiedzialności. Było -11 stopni! AAAAAAAA! ;o)
Ale za to było przepiękne słońce i pod jego promieniami nie było wcale tak zimno. Chociaż Młody się wkurzał. Tyle, że On zawsze się wkurza, jak jest słońce. Ot, taki wrażliwy Typ.

M. poszedł na spotkanie wspólnoty. Będą obalać rządy i ustalać nowe. Postanowił wziąć udział w tej rewolucji, która m.in. bez Jego udziały nie mogłaby się odbyć. Ja niestety z wiadomych przyczyn musiałam zostać w domu. Kula u Nogi sama o siebie nie zadba.

W ogóle moje życie mnie ostatnio nudzi. Dzień mi mija od drzemki do drzemki (Dziecięcia, oczywiście), a od 17/18 stawaniu na głowie, żeby Synuś nie marudził. Zmęczony, to i straszna maruda się z Niego robi pod wieczór. Także jestem tą zależnością i regularnością we wszystkim straszliwie zmęczona. Wiem, że to daje Dziecku poczucie bezpieczeństwa, ale mogę określić to tylko jednym słowem. To SSIE!

A kolejną fantastyczną nowiną jest to, że otóż drogi pamiętniku, rośnie mi dupa. Dupa rośnie w zastraszającym tempie. Gdyby malała tak szybko jak rośnie, to więcej osób wierzyłoby w diety.
Nie mogę powiedzieć, żebym była zaskoczona. W końcu spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń, kiedy tylko przestanę karmić i zacznę jeść normalnie.
Dlatego też zagryzę czipsem Avengersów i niedługo pójdę spać.

Ksiądz rapuje o bogu.

Brak komentarzy

Mijający tydzień obfitował w wydarzenia (niekoniecznie pozytywne) i całe szczęście, że już się kończy.

Pierwszym i najważniejszym newsem jest to, że teoretycznie nie mam już pracy, co jest dla mnie wiadomością dość przykrą. Poza wszystkimi innymi odczuciami. W środę, kiedy się o tym dowiedziałam byłam w lekkim szoku (mimo iż teoretycznie nie było to dla mnie zaskoczeniem), wczoraj dominowało uczucie ulgi, a dzisiaj jest mi przykro. Przykro, że po 6-ciu latach rzetelnej pracy, kiedy tylko nadarzyła się okazja, to firma powie mi „do widzenia”.
No, ale taki jest szoł biznes i trzeba się z tym po prostu pogodzić.

Natomiast, żeby osłodzić wadomość o bezrobociu po powrocie z macierzyńskiego napiszę, że A. przespał swoją pierwszą całą noc. Odbyło się to ze środy na czwartek (15/16 stycznia 2014), Drodzy Państwo i powyższa data powinna zostać wyryta w podręcznikach do historii :o)
Miniona noc nie była już taka super, ale obudził się raz (o 4-tej), na 15 minut, więc da się żyć. To, że potem sama nie mogłam zasnąć przez godzinę to już tylko i wyłącznie moja zasługa.

Chciałabym wyjechać na weekend. Sama, chociaż chętniej z M., w każdym razie bez Młodego. I wiecie co bym wtedy robiła? Spała! Wylegiwałabym się caluteńki weekend w łóżku i spędzała czas tak bezproduktywnie, jak tylko by się dało!!!!!
Niestety, mogę zapomnieć.

Achh, no i jedziemy na koncert Justina T. w sierpniu! :o)

Środa

Brak komentarzy

Postanowiłam dowiedzieć się co się na świecie dzieje i włączyłam rano tvn24, a tam:

* Śmierć półrocznej Dziewczynki, najprawdopodobniej z powodu komplikacji po szczepieniu.

* Matka dziewięciomiesięcznego Chłopca oskarżona o brutalne znęcanie się nad synem.

* Kilkuletnia Dziewczynka przywiązana do klamki. Matka poszła do sklepu po pieluchy dla drugiego dziecka.

Wyłączyłam telewizor, wzięłam Synka na ręce i oglądaliśmy spadające płatki śniegu przez okno.

Macierzyństwo to jedno z najnudniejszych zajęć, jakiego w życiu doświadczyłam.
Szlachetne i godne podziwu, ale szalenie nudne!
Te wszystkie bezproduktywne godziny, które spędziłam na usypianiu, karmieniu i noszeniu dziecka można już przeliczyć na tysiące.
I najgorsze jest to, że, kiedy już nosi się to Dziecko nie można robić nic więcej (może poza oglądaniem tv, ale to przecież nie zawsze). Mogłabym w tym czasie przeczytać tonę książek, a ja tymczasem chodzę po mieszkaniu i kołyszę Niemowlaka!

Właśnie wyczerpałam wszystkie darowane ubranka, które miałam dla Małego. Wydawało się, że jest ich tak wiele, a tymczasem wzystkie skończyły się na rozmiarze 68. No dobra, niektóre są 74, ale w efekcie rozmiarowo – 68.
I tak połowy z nich Mu nie założę, bo albo pora roku nie taka, albo nie zdążę.

M. wyleciał dzisiaj do Austrii. Tak się bawi. Przed wylotem nie omieszkał szurać po szafie tak, że obudził Małego i nici z mojego odpoczynku. Oj tam, oj tam! ;o)
Wraca dopiero jutro i do tego czasu wszystko zostało na mojej głowie.

Przyjaciele w telewizji, zimne piwko w dłoni, grube paprykowe kranczipsy, M. leżący obok i Dziecina śpiąca za ścianą (w dodatku uśpiona przez Męża). W chwili obecnej niczego więcej nie potrzebuję do szczęścia.
I nie zamieniłabym tego wieczoru nawet na szalone wyjście na miasto, które nam właśnie umyka.

Czytam po kolei Karin „Rzeźnię” i drugi tom jest dla mnie strasznie ciężki. Nie przyjmuję już krzywdy wyrządzanej dzieciom w taki sam sposób, w jaki to przyjmowałam przed porodem. Nawet będąc w ciąży. Dlatego postanowiłam jutro go skończyć.

Piątkowy wieczór spędzony z M. był bardzo miły. Obie zrelaksowałyśmy się przy żubrówce, pogadałyśmy, a wieczór upłynął nam tak szybko, że zanim się zorientowałam, Ona musiała już wychodzić. Ale zawsze tak jest z fajnie spędzonym czasem.
I nawet potłuczona szklanka zabawy nie przerwała ;o))

Dlaczego to zawsze musi być coś kosztem czegoś?! Dlaczego nie mogę mieć wszystkiego: szybkiego uśpienia Synka i spokojnej nocy z jedną pobudką?! Dlaczego to zawsze jest albo jedno, albo drugie?! ALbo szybko zaśnie, ale za to budzi się w nocy częściej (i z reguły na nieco dłużej) niż zwykle, albo usypiam Go godzinę, ale noc mamy spokojną!!!

Podobno zwierzęta potrafią wyczuć strach. Mnie natomiast zastanawia, czy moje Dziecko nie potrafi wyczuć momentów, kiedy po nocnym karmieniu i uśpieniu Go, kładę się do łóżka. Nie ma nic gorszego, niż przyłożenie głowy do poduszki i powolnym odpływaniu, aż tu nagle stękanie i domaganie się noszenia! ZNOWU!

Dzisiaj w nocy śniło mi się, że poszłam do pubu. Był to pub którejś z moich znajomych (nie do końca jestem pewna, ale chyba byłam współwłaścicielką) i znajdował się w baszcie. Właśnie złożyłam zamówienie i dostałam dwie łyżki mąki rozrobione w gorącej wodzie (nie wiem o co chodziło, ale właśnie to zamówiłam…), kiedy obudziło mnie Potomstwo na pierwsze karmienie (wcześniej niż zwykle, bo o 00:20!!!). I wniosek z tego mam jeden: nawet we śnie nie mogę iść do knajpy, żeby się Synuś nie upomniał o swoje!
Ale spoko. Kiedy położyłam się znowu spać, śniło mi się, że próbowałam wcisnąć pokrojone zwłoki Samuela L. Jacksona do publicznej toalety i ktoś z kabiny obok dawał mi wskazówki… Chyba nie powinnam tego pisać na forum publicznym. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że ma to związek z książką, którą aktualnie czytam (co prawda nie ma tam Sama), więc może to niejako sprawi, że nie będę uchodziła za psychopatę.

Ku memu zdziwieniu ze szczepieniami mamy spokój na następne 7 miesięcy! Spodziewałam się co prawda jeszcze jednego za kolejne 6 tygodni, a potem dłużej chwili spokoju, ale mnie panie zaskoczyły.
I dobrze!
Tylko kontrolna wizyta u pediatry za jakieś dwa miesiące, ale wtedy już będę samodzielna zmotoryzowana i nie będę uzależniona od Ukochanego.

Chyba zaczynamy mieć stały rytm dnia. Mały od paru dni ma drzemki i jedzenie o tej samej porze (mniej więcej). Takie rzeczy jak spacer, czy kąpiel to wiadomo. Ale to zależy ode mnie, a teraz widzę, że i On ustalił sobie jakiś tam rytm dnia.
Co prawda nie podniecam się tym za bardzo, bo wszystko może się zmienić z dnia na dzień.

Jestem już oficjalnie zmęczona macierzyństwem i przechodzę kryzys. Sama nie wiem co mam tutaj napisać, żeby nie zabrzmiało tak źle… „Mam dość swojego życia” oddawałoby mój nastroj nawet dość prawdziwie, ale być może nie potrzebuję aż takiego dramatyzmu :o)
Pociesza mnie tylko myśl, że to zdarza się KAŻDEJ matce i, że potem będzie lepiej.

Nic mi się nie chce. Najchętniej, to siedziałabym cały dzień na kanapie (albo lepiej – leżała w łóżku) i nic nie robiła. A tutaj do Dzieciaka trzeba wstawać, bo różnie z Nim bywa. Są dni (takie jak dzisiaj), kiedy zajmuje się cały czas sam sobą, a są dni (takie jak wczoraj), że marudzi i jęczy i trzeba Go zabawiać i nosić. A mnie się nie chce!

Mamy natomiast nowe zabawy, także udaje mi się GO zabawić nieco inaczej niż tylko noszenie na rękach.
No i sam już dość pokracznie przemieszcza się po podłodze, co zajmuje Mu czas i dzięki czemu Jego życie stało się ciekawsze.
Dzisiaj np. złapałam Go na tym, że przeturlał się z maty pod stolik do kawy i usiłował zrzucić na siebie mojego laptopa z dolnej półki owego stolika.
Także tak…

Jutro trzecie szczepienie.
Biedne Dziecko.

Bubulowi stuknął dzisiaj piąty miesiąc. Miewa się coraz lepiej, zaczął jeść „słoiczki” (banan odniósł miażdżące zwycięstwo nad jabłkiem), wydaje z siebie całą gamę nowych dźwięków, a Jego pogodny zwykle charakter zaczyna być coraz bardziej określony.

Poza wszystkim innym opanowuje nowe umiejętności:

* zaczyna się żywo interesować kotem (biedna Zołza jeszcze nie wie, co ją czeka w przyszłości);
* wydaje z siebie skrzeczące zlepki samo i spółgłosek. Potrafi tak „śpiewać” godzinami;
Udaje Mu się też wypowiedzieć coś na kształt słów: mamao, nie, aua, hej itp.;
* bardzo ochoczo rwie się do siadania. Nie można Go utrzymać na kolanach, od razu zaczyna robić skłony. Im bardziej pionowo znajduje się Jego ciało, tym lepiej;
* potrafi się już niezdarnie podrapać albo chwycić za ucho;
* ma bardzo inteligentne spojrzenie (po mamusi!);
* głośno i uroczo śmieje się na określone sytuacje (najczęściej na obcałowywanie po pleckach – łaskotki), czym wywołuje uśmiech na twarzach wszystkich wkoło;
* wkłada sobie do ust wszystko, co Mu się nawinie pod ręce;
* próbuje dotknąć swojego odbicia w lustrze;
* uwielbia jak się Go „podrzuca” do góry;
* podczas jedzenia bada dotykiem moją twarz, jakby ją w ten sposób poznawał;
* trzesie matą edukacyjną tak, że obawiam się, że jej dni są już policzone;
* podczas kąpieli podtyka rączki pod słuchawkę prysznica i bawi się strumieniem wody;
* bardzo szybko przewraca się z pleców na brzuch i z powrotem. Potrafi się tak przeturlać spory kawałek w bardzo szybkim czasie, czym czasami przyprawia mnie niemal o zawał serca.

Dzieciaczek ma się świetnie, natomiast ja niestety ciut gorzej. Dopada mnie kryzys. Mam coraz mniej cierpliwości, frustracja rośnie, zmęczenie również. Wypalają się moje pokłady energii i ciągnę już resztkami sił. Wiem, że to minie, ale psychicznie nie jest najlepiej. Wynika to oczywiście głównie z niewyspania (pochwaliłam publicznie, że budzi się raz w nocy, to postanowił nadrobić i dwie noce z rzędu bardzo mało spałam). Dzisiaj mam żelazne postanowienie położyć się spać niedługo po Młodym. Trudno, stracę jeden wieczór dla siebie, ale muszę odespać.
Drzemki w tracie dnia niezmiennie nie wchodzą w grę.

Macierzyństwo non fiction, które przeczytałam przed ciążą, kiedy już zaczynałam poważniej myśleć o dziecku, a do którego lektury powróciłam ostatnio, żeby porównać wrażenia – fantastyczne. Mimo iż bardzo często miałam zupełnie inaczej niż autorka (o tym, kiedy indziej), to wiele sytuacji i problemów było dokładnie takich samych jak u nas. Szkoda, że nie napisała jak je rozwiązać.
Natomiast Projekt Matka jest dla mnie póki co książką nie do przejścia. Przeintelektualizowana treść aż kipi sztucznością. Nie mówię o doświadczeniach, bo te są zapewne jak najprawdziwsze (w końcu napisała ją matka trójki dzieci), ale można ją było napisać dużo prościej. Po takie książki z reguły siegają kobiety na macierzyńskim, a ja nie mam zamiaru dwa razy analizować zdania, żeby zastanawiać się co właśnie przeczytałam. Czytam z reguły, żeby się zrelaksować.
Po prostu nie wierzę, że są ludzie, którzy używają takiego języka na codzień. Jest to na maksa wymuszone i doprawdy nie wiem, co autor miał na myśli.
A taka ładna okładka.
Może kiedyś do niej wrócę. Jeszcze nie wiem.

Tymczasem odpocznę trochę przy jakimś starym poczciwym kryminale. Nie ma to jak rzeź i przelew krwii, żeby się zrelaksować.


  • RSS