kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2014

Zaczęłam dzisiaj oglądać serial Full House. Achhh, słodkie wspomnienia dzieciństwa.
Trzasnęłam dopiero parę pierwszych odcinków, ale już mam kilka spostrzeżeń:

- po pierwsze, podobał mi się Wujek Jesse (chociaż nie od początku), ale śmiać mi się chciało z tej jego dbałości o włosy i wygląd. Widocznie już w dzieciństwie wolałam bardziej męskich mężczyzn;
- jak z Michelle (dla tych, którzy nie pamiętają – bliźniaczki Olsen), niemowlaka, który był tak brzydki i przypominał orangutana bardziej niż inne dzieci, mogły wyrosnąć takie piękne kobiety;
- Nie lubię ojca Tannera. Pewnie dlatego, że przypomina mi mojego szefa. Niekoniecznie z wyglądu, chociaż może troszkę też. Ma po prostu ten flow.

Generalnie fantastyczny wypełniacz czasu. Zwłaszcza, że w pierwszym sezonie mała Michelle jest mniej więcej w wieku mojego Syna. Zadziwiające, że wszystkie niemowlęta robią mniej więcej takie same miny. Rozczulające.

Zołza znowu jest chora. Figures.

W weekend zabrałam z pracy wszystkie swoje rzeczy. W poniedziałek zasypały mnie smsy o tym, jak wszystkim przykro, jak są zdołowani bla bla bla. Jeszcze nie dojrzałam psychicznie do tego, żeby pojechać tam i uśmiechając się udawać, że o niczym nie wiem i generalnie jest super. Po prostu mi się nie chce.
Ale dobrą wiadomością jest to, że pojechałam do tej pracy sama. Znaczy w towarzystwie M., ale prowadziłam ja :o)
Na kontrolną wizytę u pediatry pojadę już z A. sama. Nie będziemy uzależnieni od Małżonka.

W niedzielę wybieram się na babskie zakupy z M. Zamierzam troszeczkę poszaleć i odpocząć od moich Chłopaków.

Mam dość własnego Syna!! Przysięgam, że oddałabym to Dziecko dzisiaj za darmo jakiejś miłej bezdzietnej parze!
Moim skromnym zdaniem na lęk separacyjny jest jeszcze ciut za wcześnie, ale Synuś drze ryja na całe gardło, jak tylko zniknę Mu z zasięgu wzroku. Na wszelkie możliwe sposoby próbuje mnie zmanipulować, żebym wzięła Go na ręce i nawet wyciągnął broń ostateczną: krzyczy ma-ma! Cwaniaczek mały! Uspokoił się dopiero, jak dostał kubek niekapek, który najpierw rozebrał na części pierwsze, a potem uderzając nim w podłogę, na jeszcze mniejsze części go podzielił…
Noc była koszmarna. Jak nie płakał przez sen, to się wybudzał i trzeba Go było nosić, a raz nawet był taki super, że obudził się na parę godzinek. Ot tak o! Jestem dzisiaj u kresu sił i fizycznie i psychicznie. Dzisiaj nadszedł czas na piwko i kryzysowego papierosa!

A, żeby już w ogóle było najwspanialej na świecie, M. od rana jest w trasie. Pojechał do Elbląga, po samochód od mojego Taty. Jestem więc z tym Potworem sama i nawet nie mam na kogo zrzucić odrobiny odpowiedzialności. Tak po prostu, żeby odsapnąć, bo przysięgam, że jak będę musiała słuchać tego skrzeku i marudzenia jeszcze przez jakiś czas, to wyskoczę dzisiaj z balkonu!

Mam lekki problem z innymi dziećmi. Jakaś blokada mi się włączyła. Nie o to chodzi, że uciekam, jak je widzę, albo wstrząsają mną spazmy obrzydzenia. Nawet je biorę na ręce, żeby ulżyć utrudzonej Matce, kiedy moja Latorośl leży i grzecznie się bawi. Jednak, kiedy trzymam na rękach inne dziecko, to ogarnia mnie dziwne uczucie, że coś jest nie tak. Pewnie wszystkie młode matki tak mają, nie wiem. W każdym razie, kiedy po czyimś, biorę na ręce swoje dziecko, to od razu jest o niebo lepiej.
To się pewnie z czasem zmieni.

Bo to, że moje Potomstwo jest najpiękniejsze na świecie, to chyba normalne ;o))

Na serio zabrali się za budowę za moim oknem. Są koparki, kręcą się budowlańcy i przymierzają się do wykopania ślicznego drzewka, które rosło sobie pośrodku łąki. Boli. Wiosna zastanie nas ponurym widokiem.

Episodes, świetne! Matt LeBlanc podoba mi się tutaj bardziej, niż w Przyjaciołach. Uwielbiam Go po prostu!

Syn mnie dzisiaj wkurza!

Wkręciłam się i zaczęłam czytać coraz to nowe straszne historie znalezione w necie. Byłam gdzieś tak w połowie trzeciego burzącego krew w żyłach opowiadania (na faktach niby), kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że czasem jeszcze Młody budzi mnie w nocy i muszę Go karmić, a czasem trochę ponosić. Oczywiście w ciemnościach, bo przecież nie będę zapalała światła, żeby mi się Dziecko nie rozbudziło bardziej niż to konieczne. Przyznaję, że miewam wtedy momenty, kiedy przypominam sobie najgorsze obejrzane horrory, ale długo już długo nie myślałam o „tych” sprawach, po co więc burzyć sobie spokój nową dawką działających na wyobraźnię historyjek. Zamknęłam stronę i wymazałam z pamięci wszystko to, co przeczytałam do tej pory.

Od soboty jesteśmy u moich Rodziców. Taki mi Małżonek postanowił zrobić prezent na Walentynki. Odciążyć przy Dziecku stęsknionymi rękami Dziadków, a także spędzić więcej czasu tylko we dwoje. Głównie na jeżdżeniu samochodem, gdyż przymierzam się do ostatecznego przejęcia starego samochodu mojego Taty.
Ale dzisiaj wielki powrót do domu, także kończy się laba.

Przeszliśmy na zupełnie inny poziom. Odkąd Młody spożywa obiadki i deserki ze słoików, Jego ubrania wyglądają jak tęcza. Śliniaki stworzone są dla bardziej zaawansowanych osobników. Moje Dziecko potrzebowałoby takiego fartuszka, jak są do malowania farbkami. Nawet się rozglądałam, ale niestety wszystkie dostępne egzemplarze są rozmiarowo nieadekwatne do możliwości mojego Potomka.
I tak mam szczęście, że rzadko rzyga, a jak już Mu się zdarzy to ma to zazwyczaj kolor mleka.

Dziecina rozpoczęła również kolejny etap rozwoju – uderza głową/brodą w podłogę. O ile głową przypierdzielić potrafi tak, że meble podskakują, a nawet powieka Mu nie drgnie, taki Rambo się znalazł, to z brodą jest już znacznie gorzej. W związku z tym musiałam się rozejrzeć za jakąś piankową matą dużej wielkości, bo Dziecko przemieszcza się chętnie i na duże odległości od punktu wyjścia. Dostępne na rynku maty i tak nie satysfakcjonują mnie pod względem wielkościowym, ale znalazłam taką składającą się z puzzli, którą ewentualnie można jeszcze powiększyć.

No, bo zawsze jest jeszcze takie rozwiązanie, jak podpowiada ławka.pl

Ponieważ zmian nam nie wystarczy, to dzisiaj idziemy na pierwszy spacer w wózku spacerowym oraz zjemy obiad na krzesełku do karmienia. Achhh, dzień pierwszych razów.

Prowadzę notatki kiedy, o której i ile czego Pierworodny zjadł/wypił. Tak się w tym wszystkim zakręciłam, że dzisiaj chwyciłam za telefon, żeby dodać w notatkach: bułka z serkiem waniliowym + kawa 300 ml. Echhh.

Znowu mnie wczoraj dopadł leciutki szalej na zakupach, ale muszę przyznać, że M. chyba ciut bardziej :o)) Przynosił koszulki AC/DC, dresiki i to ja byłam tą, którą mówiła: „ale czy On tego naprawdę potrzebuje…?”. Odpowiedź była krótka: „Od kiedy to „potrzebuje” jest kryterium zakupów w naszej rodzinie!”. Prawda, ale przy ogromie rzeczy, które musieliśmy kupić trzeba się było czegoś trzymać. No i muszę przyznać, że zakupy były o wiele bardziej przemyślane, niż te pierwsze szaleństwa, po których niektóre rzeczy dziecko założyło raz. Wczorajsze były praktyczne i zgodne z przygotowaną listą. Jedynym strzałem w ciemno były buty, które nie mam pojęcia, czy zostaną na stopach zaakceptowane.

Nie mogłam również nie zauważyć, że w każdym sklepie z dziecięcą odzieżą propagowany jest slogan „I love Daddy” i wszelkie jego pochodne. A ja się pytam, jak to?
Jeszcze, żeby było to po równi z „I love Mummy”, to byłabym to wstanie przęłknąć, ale nie! Mamusia występuje jedynie z Tatusiem w parze, sama? Nigdy!
To jest wbrew naturze! Nie wiem, czy pomysłodawcy tych „kolekcji” starają się wynagrodzić Tatusiom, że to jednak Mamusia jest w życiu Dziecka najważniejsza, czy też zachęcić w.w. do częstszej opieki nad Potomstwem? Nie wiem. W każdym razie jest to oburzające!

A na koniec coś z najnowszego Wiedźmina:

„Kobieta – król wyprężył na tronie chudą postać – ma prawo oczekiwać od mężczyzny tylko dwóch podarków: na lato ciąża, a na zimę łapcie z cienkiego łyka. Tak pierwszy, jak i drugi podarek ma za zadanie zakotwiczyć kobietę w domu. Dom jest bowiem miejscem dla kobiety odpowiednim, przez naturę jej przypisanym. Kobieta z wielkim brzuchem i uczepionym jej kiecki potomstwem od domu się nie oddali i nie przyjdą jej do głowy żadne głupie pomysły, a to gwarantuje pokój ducha mężczyźnie.”

Czyż to nie przepiękny cytat? :D
A do tego takie prawdziwe!
I rozwiązuje odpowiedź na pytanie, co też dostanę od Małżonka na Walentynki :o)

Kolejna data do zanotowania, a raczej wyrycia w murze! Otóż najmłodszy członek rodziny przespał pełne 12 godzin! Zdarzało Mu się przespać całą noc, ale pobudka była wtedy o godzinie 6! A wczoraj wstaliśmy o 07:30!
Mało tego! Dzisiaj w nocy co prawda była jedna pobudka o 5-tej, a potem brak chęci do zaśnięcia, ale to Go po prostu włożyłam do łóżeczka ze słowami: „krzycz se Synu ile masz sił, jeśli Twój Ojciec się nie zlituje – zapomnij o usypianiu na rękach”. Po godzinie miotania się, lekkiego pokrzykiwania i zabawy – zasnął. Wiem, bo drzemałam i wszystko słyszałam. Nie wiem, czy nie wolę jednak takiej jednej pobudeczki nad ranem, bo otóż potem Dziecina wstała o 9!!!!!

W ogóle ostatnio stwierdziłam, że mam idealne dziecko i nie mam powodów, żeby narzekać. Zaczyna coraz więcej zasypiać sam, zajmuje się sobą bardzo dużo w trakcie dnia, jest roześmiany, pogodny i pierwszą rzecza jaką robi, nawet jak jeszcze nie otworzy oczu, to szeroki uśmiech na ustach. Pozwala matce swej własnej się wysypiać, nie przemęcza jej i nie sprawia żadnych problemów wychowawczych (kiedyś pewnie spojrzę na tę notkę ze łzami w oczach i pokiwam smutno głową). Mam czas, żeby czytać, posprzątać i zająć się sobą.
Co prawda, żeby nie było tak różowo, to umówmy się, relaks z dzieckiem, to dupa, nie relaks. Zapomnijcie o słodkim zapomnieniu, bo cały czas trzeba być mimo wszystko w pogotowiu. Junior zaczął się przemieszczać po mieszkaniu, więc jednym okiem zawsze muszę na Niego łypać, a poza tym lubi się uderzać w głowę i z reguły nie zwraca na to uwagi, ale czasem jak przypierdzieli, to ryk i łzy.

A dzisiaj ruszamy na solidny szoping. Dla odmiany dla Pierworodnego! No bo przecież w ciągu ostatnich 6-ciu miesięcy wydajemy tyle pieniędzy na siebie, że w końcu trzeba coś temu Dziecku kupić…!

Ale wczoraj miałam dzień. Wszystko mnie wkur..ało. Ale to tak…!
A także mieliśmy wczoraj wizytę Lachona. Otóż do Pierworodnego przyjechała w odwiedziny Dupencja. On oczywiście bardzo był chętny do interakcji, zwłaszcza, że na „dzień dobry” Ona zobaczyła Jego siusiaka (nie moja wina, ze se moment wybrał na wyciśnięcie numeru dwa!), z Jej strony nie można niestety było powiedzieć tego samego. Otóż na wyciągniętą przyjaźnie rączkę Synka, H. się poryczała. Ot, takie są kobiety. Miała fanaberię się popłakać, to się popłakała. I co Jej zrobicie!
Potem natomiast, kiedy już ochłonęła i oswoiła się z sytuacją zaczęła gadać. A. jak na Synka mamusi przystało uważnie Jej wysłuchał (wie już, że umiejętność słuchania, to połowa sukcesu, żeby zdobywać niewieście serca), wtrącił parę swoich słów, ale bez wylewności (no bo w końcu co, kurczę blade!) i zainteresował się Jej Mamą. Echhh. Ciekawie to wróży na przyszłość.

Dzisiaj natomiast byliśmy na spacerze z inną Koleżanką.
Takie prowadzimy ostatnio bujne życie towarzyskie.

Zaczytuję się Dzieckiem Dla Odważnych. Re-we-la-cyj-na książka. I do tego sooo true!
Szkoda tylko, że taka krótka.

Przygotowałam sobie niewielką (póki co) listę knajpek, do których chcę iść na jedzenie. Chyba powoli trzeba wziąć Starego pod pachę i zabrać się za turnee.

Z każdym upływającym miesiącem widzę, jaki się A. robi coraz bardziej komunikatywny, mądry, roześmiany i pogodny. Teraz jest wiele rozumiejącym Młodym Człowiekiem, z pamięcią ponad dwa tygodnie wstecz, wyrabiającym się poczuciem humoru i zadziwiająco szybko rozwijającą się motoryką.
Oczy powoli muszę mieć dookoła głowy, bo w jednej sekundzie może się przeturlać ponad dwa metry w bok. Ruch plecy-brzuch-plecy-brzuch ma opanowany do perfekcji. Pełzanie idzie Mu ciut gorzej, ale rozkminia i to. Widzę, że zaczyna się też podnosić na rękach i kolanach. Siedzieć nie bardzo lubi, ale potrafi w ciągu jednego dnia posunąć się o krok milowy jeśli chodzi o każdą umiejętność. Długo nic, a potem nagle bach. Natomiast jeśli chodzi o siadanie, to widzę, że Mu się po prostu nie chce. Kiedy Go sadzamy to posiedzi tak chwilę, ale zaraz zapierając się nóżkami wraca do pozycji leżącej, albo po prostu przechyla się na boki lub do przodu. Sam usiedzi parę sekund.
Nie ma presji. Po prostu mamy Syna lenia :o)

* Siada z podparciem.
* Po paru zabawach z przykrywaniem głowy pieluszką („gdzie jest Bobas?”, odkrywaniem i radością, że sę Dziecko znalazło ze strony dorosłego), załapał o co chodzi i sam się teraz tą pieluszką przykrywa i odkrywa oczekując oklasków, a kiedy już są, to przebiera nóżkami z radości.
* Przekłada sobie małe przedmioty z rączki do rączki, siedząc.
* Naciska na piszczące gryzaki i wydobywa z nich dźwięki.
* Fascynuje Go wszystko, co elektroniczne: telefony, czytniki, piloty, laptopy itp.
* W ogóle nie wybrzydza. Zjada wszystko co dostanie.
* Leżąc w łóżeczku po przebudzeniu, przewraca się na brzuszeki rozgląda po pokoju wychylając główkę ponad łóżeczko.
* Odkrył wreszcie swoje stopy. Leżąc na plecach chwyta za nie i podiąga do siebie. Brzydzi się wziąć je do ust, ale za to jest to świetny nowy sposób, żeby zdejmować skarpetki.
* Zaczyna nami manipulować. Jego płacz coraz częściej jest wymmuszony i nastawiony na nasze reakcje.
* Powoli zaczyna też sam zasypiać. Na razie w ciągu dnia.

Przeraża mnie też to, jak szybko zaczął rosną. Rozmiar Mu się zmienia dosłownie z tygodnia na tydzień.
No i najważniejsze! Wyszedł Mu ząb. Dolna, lewa jedynka! Ząbek wyszedł w czwartek, 30 stycznia ;o) i zaraz za nim leci kolejny. Obok.


  • RSS