kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2014

Zaczyna mnie boleć jeszcze jeden ząb. Ja się wykończę! Czemu nie mogę mieć zębów silnych i zdrowych, jak nie przymierzając Murzyn!

Rozśmieszają mnie reklamy jednego z banków. Generalnie dążymy do tego, że będziemy narodem idiotów, którzy nie są w stanie zapamiętać 4-6 cyfr, tylko logować na stronę banku będziemy się „łatwym do zapamiętania WĘŻYKIEM”! Przecież to jakaś paranoja! No bo przecież: „Nikt normalny nie pamięta wszystkich numerów”!

Zakupiłam sobie dzisiaj pięć absolutnie przepięknych lakierów. Jak się Małżonek dowie, to mi nogi powyrywa, bo na urodę moich paznokci jest wyjątkowo obojętny, ale umówmy się – mogło być gorzej! Mogłam sobie kupić te cudowne buty, które widziałam wczoraj w wojasie, a cenowo, to nawet nie porównujmy!!! ;o)))

Mieliśmy wczoraj wychodne. Potomostwo zostało z Dziadkami, a Jego Starzy wyruszyli na miacho! Kino, odrobina odchamienia, bardzo dobrze nam zrobiło. No i mogliśmy trochę się pobawić w dorosłych, a nie wieczne zdziecinnienie (śmieszne słowo, jak tak na nie patrzę, to nie jestem pewna, czy dobrze je napisałam…). I przez „zabawę w dorosłych” nie mam na myśli nic zdrożnego ;o) Film był oczywiście fantastyczny :o) Któż by się spodziewał czegoś innego po Need For Speed – umówmy się.

Chwilowo leżę w łóżku i się relaksuję. Młody śpi od jakichś dwóch godzin, co oznacza, że relaks mamusi zaraz się skończy, więc złapię jeszcze parę ostatnich chwil i będę się czillować przy Nigelli!
No i może zdążę pomalować sobie paznokcie :o))))

Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że warszawscy kierowcy, to bydło, chamstwo i wieś! Miałam dzisiaj wątpliwą przyjemność jeździć po Centrum (życie mnie zmusiło. Sama nigdy w życiu bym się na to nie zdecydowała w takich godzinach, w jakich mi wyszło!) i stresorów miałam co niemiara. Manewry, to jakaś masakra, bo jazda, to jeszcze szła. Poza panem z jaguara, który zajmował dwa pasy jadąc (a co! Jaguarem jedzie, to może!), a potem nagle zdecydował się, że jednak się tutaj zatrzyma i musiałam się koło niego przeciskać, bo mnie bardzo zaskoczył swoim nagłym zatrzymaniem.
A lakierowanie jaguara, to droga zabawa!

Nie na moje to nerwy niedoświadczonego kierowcy!

Poza tym dowiedziałam się dzisiaj, że jestem lesbą. Zawsze jest to dość ciekawa wiadomość w moim wieku, ale podobno na prawdę o sobie i zmianę stylu życia nigdy nie jest za późno.
I nie chodzi tutaj o obrażających mnie kierowców. Bynajmniej.
Dowiedziałam się tego od własnej rodziny!

Jutro widzę się na kawkę z E. Chociaż już zapowiadała, żebym nie przyjeżdżała samochodem… Hehehehe.

Od prawie dwóch godzin próbuję zrobić zakupy w Piotrze i Pawle i z lekka jestem podirytowana, bo drugi raz występuje błąd na stronie. Zakupy mam już w takiej fazie, że głupotą byłoby teraz przerywać i zaczynać w innym sklepie. Chociaż, gdybym się na to zdecydowała przy wystąpieniu pierwszego błędu, to byłabym już po wszystkim!
Z resztą, o czym ja mówię. Nie mam na to siły.
Trudno.
Najwyżej nie będzie i tyle!

Jest cicho. Nic nie muszę. Siedzę sobie z kawką przy komputerze i się relaksuję i wiem, że zaraz mi się Dziecko nie rozbeczy i nie będę musiała wszystkiego rzucać, bo Bobaskowi coś się dzieje! To jest taki mega relaks jakiego nie miałam już od dawna, bo nawet ręce mi zwiotczały i mam lekki problem z pisaniem ;o)
Dziadek zabrał Wnuka na spacer.
Echhhhh (głębokie westchnięcie ulgi).

Od tygodnia przebijają się dolne dwójki i radosny z reguły Dzieciak zamienił się w małego jęczącego Potwora. Są chwile, kiedy mam Go tak serdecznie dość, że sobie nawet nie wyobrażacie.

Na szczęście jesteśmy u moich Rodziców od wczoraj, więc jest więcej chętnych rąk do pomocy. Chętnych jeszcze! Gdybyśmy zostawali dłużej, to chęć opadałaby wprost proporcjonalnie do każdej upływającej minuty (o godzinach nie wspominając).

Dzisiaj po południu natomiast widzę się z O. Nie widziałam Jej od ponad roku, więc bardzo się cieszę na to spotkanie. Dzisiaj wybieramy się na spacer/kawkę z Juniorem, a jutro już tylko we dwie spotkamy się, żeby pogadać.
Będzie miło.

Każdy z nas ma jakąś swoją „granicę przyzwoitości”. Moja po urodzeniu Dziecka przesunęła się znacząco. Otóż jestem w stanie zaakceptować grube warstwy kurzu zalegające na meblach, nieumytą łazienkę oraz syf w kuchni kiedy przychodzą goście. Nawet względny bałagan jest do przyjęcia. Po prostu przestało mi to przeszkadzać.
Jakiś czas temu udałam się na piwo w czarnym sweterku poplamionym na ramieniu mlekiem. Gdybym zauważyła plamę przed wyjściem z domu, to pewnie bym się przebrała, ale nie zauważyłam, w związku z czym machnęłam ręką i siedziałam z biała plamą na ramieniu.
Mimo tego nie rozumiem matek, które po urodzeniu dziecka zaniedbują się całkowicie. Chodzą w przepoconych dresach, bez makijażu, z brudnymi włosami (sama znam taką jedną). Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie dzieci są tak cudowne jak moje i niektóre wymagają więcej, a wręcz całkowitej uwagi matki. Zdaję sobie również sprawę z tego, że kiedy nasze dziecko ucina sobie drzemkę, robienie makijażu, a czasem nawet prysznic jest ostatnią rzeczą, o jakiej marzymy.
Pierwsze tygodnie po urodzeniu są naprawdę straszne. Przynajmnie dla mnie były. Mały miał straszne bóle brzucha, a ja nie potrafiłam się jakoś do końca odnaleźć w macierzyństwie. Wydawało mi się, że moje życie się skończyło. Nikt z moich przyjaciół nie potrafił mnie tak do końca zrozumieć. Nawet Mąż.
Nie jestem jednak w stanie uwierzyć w to, że stan ten trwa parę lat. Jeśli nie jest przypadkiem nieleczonej depresji, to prędzej czy później znalezienie 20-stu minut na prysznic, makjaż i przyzwoite ubranie się, to nie jest zbytni wysiłek…
Ale może jestem niesprawiedliwa.

Ja w każdym razie robiłam wszystko, żeby tak się nie stało.

Wczoraj byłam z A. u dentysty. To znaczy ja byłam. Nie A. On ma dopiero dwa zęby i póki co zdrowe, więc nie przesadzajmy.
Musiałam iść z Nim, bo niestety nie miałam Go z kim zostawić, a ząb zaczynał mnie już boleć. Calutką wizytę przespał. Nie obudziły Go nawet wiertła. Pani Dentystka i Asystentką były zachwycone „grzecznym chłopczykiem”. No, a co! Ale na wszelki wypadek już Go więcej nie będę zabierała na takie wizyty. Tak, żeby Mu nie psuć reputacji ;o)
Po raz trzeci postanowiłam zabrać się za wszystkie swoje zniszczone zęby, które z biegiem lat (i odkładania leczenia) nie robią się zdrowsze. I tym razem nie poprzestanę, dopóki ich nie wyleczę! Tak mi dopomóż Internecie.

W niedzielę natomiast pojechaliśmy z A. do Best Malla. Zakupiliśmy Synkowi interaktywnych zabawek za dwie stówy (już czas był najwyższy, bo Jego niezdrowe zainteresowanie coraz częściej wzbudzał xbox, latarka i dvd), a On spędził trzy dni na zabawie pusta butelka po wodzie i reklamowką.
No przecież można dostać wnerwicy!

Najważniejszym newsem wczorajszego dnia jest to, że A. powiedział „Mama”. Powiedział je w pełni świadomie, skierowawszy do odpowiedniej osoby, co przyjęłam z należytym zachwytem :o)

Zawsze się śmiałam ze zwierzęcych „psychologów” i nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że kiedyś będę skazana na usługi jednego z nich. Zołza owszem, nie należy do łatwych kotów, ale nigdy jej zachowanie nie spa∂ło poniżej poziomu bezpieczeństwa. Niestety ostatnimi czasy sytuacja uległa zmianie, w związku z czym jest na terapii.
Terapia będzie farmakologiczno-ćwiczeniowa. Postaramy się rozładować kocią frustrację, a co za tym idzie żyć bezpiecznie i z całą skórą na nogach. Ostatni jej atak przeszedł moje najśmielsze wyobrażenia, a rany długo będą się goić. Dodatkowo stłukła mi kolano. Nie mam pojęcia jak!
Zobaczymy jakie skutki przyniosą zmainy zalecone przez panią doktor.

Odbyłam wczoraj wycieczkę do US oraz do swojej pracy. Wszyscy byli zachwyceni A. A cóż innego mieliby robić. Przecież nikt nie podejdzie i nie powie: „Ale beznadziejne dziecko” ;o) On sam, był niestety umiarkowanie grzeczny. Potrafi być bardziej! Ale zrzucam to na karb zmęczenia i niewyspania, a także ogromu ludzi wokół Niego.

Zaraz idę do apteki, po „koci prozac” dla Sierściucha, bo po wczorajszym idealnym zachowaniu dzisiaj już nasyczała na Synka.

Taka sytuacja

Brak komentarzy

Dzisiaj odbyło się moje pasowanie na kierowcę. Mianowicie dostanę mandat z fotoradaru. Moja wina, cóż mogę poradzić na własną głupotę.
Jak tak dalej pójdzie, to do końca tygodnia stracę prawo jazdy ;o):D

Zachęciło mnie to do zainstalowania sobie yanosika. Teraz już mogę piracić na całego.
No i uważać muszę, bo przed głupotą yanosik mnie nie ochroni.

Generalnie pomijając ten „drobny” incydent, to jeździło mi się rewelacyjnie.

Będę miała w tym tygodniu okazję ponownie się przejechać. Muszę zabrać Synka na morfologię, gdyż Pani Doktor nie podobało się to, że jest On taki blady. I na nic się zdały tłumaczenia, że Dziecko jest przecież jasnym niebieskookim blondynem, w związku z czym ciężko by Mu było mieć śniadą cerę. Trzeba dmuchać na zimne i w związku z tym będą mi kłuli Latorośl. Bardzo mi przykro i trochę też się denerwuję, bo jak się okaże, że doprowadziłam swoje Dziecko do anemi… Nawet nie będę o tym myśleć.
Czwartek okaże się dniem próby. Zobaczymy jak A. zniesie pobieranie krwii z Jego malutkiej rączki. Ja nie znoszę tego najlepiej, a co dopiero taki Maluszek.
I nie będę mogła odwrócić głowy. Będę musiała Go trzymać i patrzeć, jak pielęgniarka wbija się Mu w malutką żyłę…

A potem odwiedzimy firemkę i niewykluczone, że dostanie na pocieszenie jakąś zabawkę, albo chociaż coś dobrego.

Natomiast jeśli chodzi o wymiary, to 7700 g i 69 cm długości. Taki z Niego byku.

* Podnosi zabawkę i rzucą nią jak najdalej potrafi.
* Poniewieranie matą przeszło już na kolejny poziom. Szasta nią teraz po całym pokoju.
* Rozpoczął się okres urazów, uderzeń i płaczu nimi spowodowanego.
* Zaczął jeść mięso.
* Kiedy płacze woła „ma-ma”. Wiem, że to nie jest zamierzone, ale świetnie wpływa na poczucie winy matki.
* Zaczyna się coraz częściej denerwować i niecierpliwić.
* Je w krzesełku.
* Podróżuje w spacerówce.
* Siedzi już naprawdę pięknie. Tylko jeszcze nie można Go zostawić bez nadzoru.
* Zrobił się bardzo komunikatywny.
* Woła, żeby zwrócić na siebie uwagę.
* Pełza naprawdę szybko, jak się Go woła.
* Stoi z podparciem. Nie trzeba Go nawet trzymać pod paszki.
* Nowa zabawa – „aport”. Rzuca sobie zabawkę i idzie po nią.
* Buja huśtawką – często waląc się nią prosto w twarz. Ale nie płacze potem.
* Przygotowuje się już do raczkowania.
* Wychodzi Mu już trzeci ząb.

A poza tym, jest już naprawdę dużym Facetem.

Krejzi Słejzi.

Brak komentarzy

Ostatnio mam tak, że mi się nie chce. Nie chce mi się kołysać Młodego do snu. Ale to tak na maksa! Wyobraźcie sobie sytuację, że siedzicie zrelaksowani na tarasie/balkonie, nad książką, filmem, herbatą, ba, zaszalejmy – piwkiem. Jest luzik, ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci, bryza powiewa, jest mega full wypas relaks. Czujecie to?
I nagle ktoś Wam każe przekopać ogródek. Teraz! Już! Natychmiast!
To ja tak mam z usypianiem Młodego. Tak ku…wsko mi się nie chce, że mam ochotę się rozpłakać. A kołysać trzeba, bo niekołysane Dziecko niezadowolone i marudne bywa strasznie i nie ma mercy. Żadnej!

Imieniny Teściów i M. bardzo miłe. Wnuk maniery miał iście królewskie. A ja usłyszałam komplement z ust, które do tej pory nastawione były jedynie na krytykę.
Jutrzejsze zakupy pewnie będą jeszcze milsze :o) Trochę się już ich nie mogę doczekać. I niekoniecznie ma to związek z uzupełnieniem garderoby.

W poniedziałek natomiast moja pierwsza wyprawa samochodem z Pierworodnym. Do pobliskiego lekarza, ale zawsze. Jeszcze się pewnie nasłucham z milion rad i prób namówienia mnie, żebym jednak z Nim nie jechała, bo to niebezpieczne. Echhh.

A teraz znikam, bo oczy się kleją.


  • RSS