kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2014

Smarkato

Brak komentarzy

Dzisiaj Młody pomagał mi wyciągać pranie. Bardzo to użyteczna czynność. Jak Go podszkolę, to będę mogła czytać książki, podczas gdy On będzie zapierdzielał w kuchni i łazience. To jeszcze gotowania i sprzątania będę musiała nauczyć Potomstwo i będzie gites malina. Kto powiedział, że nie opłacało się zachodzić w ciążę. Niech mi się zwróci ten czas wyrzeczeń i cierpień.

Nienawidzę być przeziębiona! Jak możemy nazywać się wysoce rozwiniętą cywilizacją, kiedy na zwykły katar nie ma lekarstwa! I tak, wiem, że zimne piwo nie sprawi, że mi się poprawi, ale coś mi się od życia należy. Człowiek nie może przecież o samej herabcie z cytryną żyć. Młodemu na szczęście przechodzi, bo jeśli jest coś gorszego od kataru (np. amputacja? Nowotwór? Śmierć?), to jest to katar dziecka. W dodatku małego.

Kupiłam srebrną łyżeczkę. Prezent dla F. z okazji chrztu. Oddałam do grawera i okazało się, że nie wiadomo, czy chrzciny się odbędą. Na całe szczęście w ostatniej chwili zrezygnowałam z umieszczania daty :o)

Potomstwo przeziębiło się… Znowu… Wczorajszy wieczór był koszmarem. Na zmianę z M. nosiliśmy Go do 24, aż w końcu udało się Go uśpić na tyle, że przespał cała noc. Z niewielką pobudką o 3 na butlę i IBUM, bo rozpalony był jak piec.

A mnie zaczyna boleć gardło.

Niedzielne spotkanie z Sąsiadami parkingowymi – bardzo bardzo na plus. Fantastyczni ludzie. Aż dziw, że człowiek w tym wieku może jeszcze poznać kogoś fajnego. Myślałam, że etap nowych znajomości już za nami, ale dzieci bardzo zbliżają. I poszerzają grono znajomych. A przynajmniej dają takie możliwości.

jutro wreszcie jadę zmienić opony na letnie. Aż wstyd, że jeszcze jeżdżę na zimowych. W takie upały! Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że na zimę będę te opony zmieniać. Mój Tata robił z nimi jakiś szacher-macher i jeździł na dwóch letnich i dwóch zimowych. Nie będę już kombinować, tylko strzelę sobie nowy zestaw na zimę. Nie moge sobie pozwolić na wjazdy pod górę, po lodzie, w korkach, w starych oponach.

No i ostatnia wizyta kontrolna u pediatry przed wielkim powrotem do pracy i następnym szczepieniem zaliczona. A. waży 8600 i mierzy 73 cm. Jest raczej mniejszy niż większość Jego rówieśników, ale Pani Doktor powiedziała, że to dobrze, bo szybciej się rozwija ruchowo, niż wielkie grubasy, które mają problem z podniesieniem tyłka.
I dobrze! :o)

Wrócił M. Skacowany, niewyspany i przeziębiony. Która żona nie uradowała by się na taki widok!
On przez 4 dni pławił się w luksusie, jadał przepyszne jedzenie (którego nie musiał sobie robić!!), pił najdroższe wódki świata i podziwiał ocean view, a jedyne, co było złe, to „niewygodne krzesła w sali konferencyjnej” ;o))) Naprawdę!
Natomiast po powrocie zjadł i położył się spać. I tyle miałam Męża. Fajnie.

Potomstwu coś dolega. Nie wiem co. Zęby? Gorąco? Coś Go boli? Budzi się co chwilę z płaczem, widocznie niezadowolony. Załatwiłam sprawę wykluczając kolejne niewiadome. Otworzyłam Mu okno (będę tego żałowała o 2 w nocy). Jeśli dalej będzie płakał, to dostanie pić, a potem dam Mu chyba jakiś paracetamol, jeśli w dalszym ciągu będzie płakał. Bo naprawdę już sama nie wiem, co może dolegać Małemu Człowiekowi.
Jutro kłądę Go spać w pampersie i koszulce.

Zrobiłam dzisiaj tiramisu w truskawkami. Nie wiem jak smakuje, zjem dopiero jutro, żeby tłustej dupy nie napychać na noc. Ale poza tiramisu od jutra – sałata :D:D:D Chyba muszę coś ze sobą zacząć robić, bo sytuacja wymyka mi się spod kontroli, ale nie wiem za bardzo co. Nienawidzę diet, na ćwiczenia jest zwyczajnie za gorąco. Na szczęście jeść też mi się za bardzo w te upały nie chce, więc widzę nadzieję tutaj :o)
A teraz po raz milion trzydziesty dziewiąty dokończę oglądać Iron Mana 3 na HBO i idę spać, bo ledwo na oczy patrzę.
Opieka na dzieckiem wykańcza fizycznie.

Nienawidzę, po prostu NIENAWIDZĘ spać bez M. Małżonek wyjechał na tydzień (roboczy) i czekają mnie 4 noce bez Niego. W-dupę-jego-mać.

Dzisiaj dotarło do mnie, że tak bardzo skupiłam się na nie byciu Matką-Która-Zachwala-I-Gada-Tylko-O-Swoim-Dziecku, że stałam się Matką-Która-Narzeka-Na-Dziecko. Co jest niesprawiedliwe, bo A. jest naprawdę cudowny. Uświadomiła mi to dzisiaj koleżanka z pracy, która po paru smsach (Mały akurat dzisiaj ząbkuje i budził się kilkanaście razy doprowadzając mnie na skraj cierpliwości) stwierdziła, że chodziło Jej po głowie dziecko ostatnio, ale już Jej się zmieniło, kiedy pogadała ze mną. Poczułam się jakbym dostała policzek, bo taka ocena jest niesprawiedliwa. A. jest naprawdę cudownym i w miarę bezproblemowym Dzieckiem. Przez opinię publiczną postrzegany jako IDEAŁ. Miewamy ciężkie chwile, ale porównując do dzieci znajomych jest… bez porównania. Nie będę wychwalała Jego zalet, bo zaraz się wszystko posypie, zgodnie z zasadą „nie chwal, póki lubisz”. Ale jest grzecznym Chłopcem. Gdybym wiedziała, że następne dziecko będzie podobne, to nie zastanawiałabym się i zaszła w kolejną ciążę. Ale w myśl zasady, że jeden aniołek, kolejny diabełek, postanowiłam, że na tym rozmnażanie rodziny Gie się kończy.
Spokojnie, nie postanowiłam tego sama. M. jak najbardziej uczestniczył w podejmowaniu decyzji :o)

Wczoraj odwiedziły nas M. z Córeczką. Mała H. początkowo nieśmiała i marudząca, po chwili rozkręciła się na całego. Nie wiem co zrobiła i co „powiedziała” mojemu Synowi, ale skończyło się to łzami Potomka i złośliwym uśmiechem H. Przysięgam, że nigdy nie widziałam takiej złośliwej miny u dziecka ;o)
Natomiast nie wiedziałam, że z A. taki mazgaj. Ryczał praktycznie co chwilę. A to z powodu zabawek i książeczek, którymi musiał się dzielić, a to dlatego, że Baba na Niego krzyknęła. Echhh. Ciekawe co z Niego wyrośnie.
Upewniło mnie to też w przekonaniu, że obejdzie się bez rodzeństwa. Nie miałabym siły zmagać się na codzień z dwójką potworów.

M. od wczoraj nie ma w domu. Wyszedł do pracy na 9 i przepadł. Remont kończą w hostelu. Do końca tygodnia nie mam Męża, a w przyszłym mam Go niewiele więcej, bo jedzie w delegację do Słowenii. Także słomiano-sobie-wdowuję.

Urządzamy pokój dla A. Małżeńskie łoże wybyło, wszystkie graty Małego przeniosłam dzisiaj do sypialni… tfu… pokoju dziecinnego. W weekend będziemy układać, ale zanim nabierze to takich kształtów, jakie bym chciała minie jeszcze dużo czasu.

Młody się ostatnio zrobił nieznośny. Nieznośny, złośliwy, krnąbrny i bezczelny. Kiedy zwróci Mu się uwagę, żeby czegoś nie robił, odpyskowuje, buntuje się i zaczyna płakać. Boże. Daj mi siłę.

P.S. A do tego wszystkiego za naszym oknem gniazduje jakiś ptaszek, który cała pieprzoną noc gaworzy (czy co tam robią ptaki). CALUTKĄ NOC!!!! Skąd on bierze na to siły?! Jak tak można?! Bez odrobiny przerwy!

Bardzo niekomfortowo się czuję, kiedy ktoś obcy zaczyna dotykać mojego dziecka. Wybrałam się wczoraj na zakupy. Niewielkie i raczej z nudów, bo pogoda nie dopisała, a M. pojechał pilnować swojego interesu. Wiedziałam, że w centrum handlowym będzie ludziów jak mrówków, ale jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało.
Kiedy staliśmy z A. w kolejce do kasy, nagle podeszła do mnie jakaś Starsza Pani i zaczęła czule przemawiać do Młodego. No ok. Zdarza się. Jest słodki, to ludzie do Niego zagadują. Jednakże ta kobieta zaczęła dotykać Jego rączek i głaskać po nóżkach, a to już mi się nie podobało. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że najprawdopodobniej chciała wbić się przed nas w kolejkę (co jej umożliwiłam. Jak już pisałam, nie przeszkadzały mi tłumy w sklepie. A kolejka i tak poruszała się bardzo szybko). W każdym razie, kiedy bez pytania dotykała mojego Syna, to czułam się podobnie, jak wtedy, kiedy będąc w ciąży ktoś obcy dotykał mojego brzucha. To było złe, niefajne i naruszanie mojej przestrzeni.

We wszystkich poradnikach o dzieciach znajdziecie, że niemowlę traktuje siebie i matkę jako jedną osobę i ciężko przychodzi uświadomienie sobie, że tak nie jest. Następuje okres lęku separacyjnego, przed obcymi i bóg raczy wiedzieć co jeszcze. A może z matką jest tak samo? Już teraz na samą myśl, że będę musiała zostawić Synka w żłobku, łza kręci mi się w oku i budzą się wyrzuty sumienia. Najprawdopodobniej On to zniesie dużo lepiej niż ja (taką mam przynajmniej nadzieję). To samo, kiedy ktoś dotyka Go bez mojej zgody. Zupełnie jakby naruszali moją przestrzeń bez pozwolenia. A przecież Małemu się to najwyraźniej podobało, bo czarował ją uśmiechami, że prawie się rozpłynęła.
Ech, skomplikowane to wszystko.

Coraz ciężej jest mi punktować nowe umiejętności zdobywane przez A. Jest tego tyle, że trudno opisać. Poza tym zmiana jaka w Nim zachodzi jest całościowa. W ciągu miesiąca potrafi się z Niego zrobić Mały Mężczyzna :o)

Ale spróbuję jeszcze:

* Naśladuje nasze ruchy. Jak Mu się coś pokaże, to zaraz ze śmiechem przystępuje do powtarzania tej czynności;
* klęka samodzielnie;
* siada sam (nawet z pozycji leżącej);
* podnosi się do stania. Stoi też pewnie opierając się o coś. Nie trzeba Go już nawet asekurować;
* coraz lepiej przechodzi od stania do siadu. Coraz rzadziej kończy się to łzami ;o)
* robi mostki;
* robi „pierdziochy” na naszych rękach, nogach, gdzie tylko Mu się uda przytknąć usta;
* staje w łóżeczku;
* dmucha w smoczek podczas jedzenia i zadowolony robi bębelki;
* chodzi przy chodziku-pchaczu, a także trzymany za rączki. Chodzi pewnie, stabilnie i coraz szybciej;
* wreszcie padło z Jego ust wytęsknione przez niektórych „Tata”;
* „gada” coraz fajniej;
* kąpie się już w dużej wannie i bawi podczas kąpieli;

zdj?cie-1


  • RSS