kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2014

Jestem bardzo dojrzałą i kochającą Matką, która w sposób odpowiedzialny i rozsądny kieruje dniem swojego Dziecka tak, żeby wyciągało z niego jak najwięcej nauki, zabawy, miłości…

… tja.

Odbywa się to w ten sposób, że A. w dalszym ciągu w fazie DAJ łazi za mną i krzyczy: „mamamamamamama”, domagając się wszystkiego, czego Mu nie wolno, a ja u kresu wytrzymałości psychicznej zaczynam Go przedrzeźniać, czym doprowadzam do łez. Parę razy użyłam również w stosunku do Niego zwrotu „Zamknij się!”.
I tak tu sobie żyjemy.

Jutro natomiast zamierzam odetchnąć psychicznie i wychodzę na piwo. A w zasadzie wychodzimy z Małżonkiem. Spotykamy się z ludźmi z pracy i zamierzam naładować lekko akumulatory przed kolejnymi zmaganiami z Potworem DAJ. A zarazem spędzić z M. trochę czasu, bo ostatnio wcale nie można tego o nas powiedzieć.

Mam również postanowienie na przyszły tydzień. Będę codziennie parę razy pozwalała Potomstwu chodzić z pusherem. Chcę, żeby jak najszybciej nauczył się chodzić, gdyż Jego frustracja DAJ pochodzi głównie z niemożności poruszania się o dwóch nogach i sięgania tam, gdzie wzrok nie sięga. Przynajmniej taki z pozycji czworakowej. Do tej pory chodziliśmy parę razy w tygodniu, bo mi się po prostu nie chciało. Od poniedziałku to się zmienia. Wchodzi to w nasz plan dnia i mam nadzieję, że do pierwszych urodzin A. będzie biegał.

cd.

Brak komentarzy

Chciałabym również nadmienić, że wszystko pachnie mi dzisiaj kupą.

towar przeceniony

Brak komentarzy

Macierzyństwo najłatwiej teraz porównać mi do rollercoastera. Początkowo czas wlókł mi się niemiłosiernie i wiecznie było pod górkę. Ludzie przychodzili i mówili: „Już miesiąc/dwa/trzy/cztery? Jak ten czas szybko leci!”, a ja myślałam: „Szybko leci?!! Mam wrażenie, że minęły już lata, od momentu, w którym ostatni raz mogłam się w pełni zrelaksować. Pobyć ze sobą, z Mężem. Wyspać się!!!”.
Teraz jesteśmy na etapie zjazdu w dół. Czas nagle przyspieszył około 6-ego miesiąca życia A. I teraz nie wiem nawet kiedy, ale tydzień przemija za tygodniem, a ja nawet nie wiem o co chodzi. To, że każdy nasz dzień wygląda prawie identycznie jak poprzedni nie pomaga we wrażeniu zwalniania.

Takosamość wszystkich dni (może z wyjątkiem weekendów) nie przeszkadza mi nawet tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Wiem, że Dziecko może przewidzieć, co będzie następne, co w efekcie daje mu poczucie bezpieczeństwa. Wiem również, że to się zmieni, kiedy Mały podrośnie i odzyskam siebie i swoje życie. Wierzcie też, że staram się jak mogę trzymać to, co ze starej mnie jeszcze zostało, choć nie jest łatwo. Trudno utrzymać się na powierzchni Mamusiowatości.
Nie pomaga mi to jednak wyzbyć się lęku przed powrotem do pracy. Wydawało mi się (i na początku pewnie tak było), że wrócę do pracy z ulgą. Wreszcie w świecie dorosłych! Wreszcie nie muszę cały dzień zmieniać pieluch, pilnować, żeby się Bobasek nie uderzył, nie upadł. O 12 obiad, a o 13 spacer… Ale boję się i nie chcę wracać. Boję się, że nie dam rady, że nie będę mogła się skupić na pracy. Że to, co sobie wypracowałam przed odejściem na macierzyński już nie wróci.
Boję się tego, że moi współpracownicy mnie nie przyjmą do siebie z powrotem. Bądź co bądź, nie było mnie z nimi przez ponad rok. To dużo.
A najgorsze ze wszystkiego jest to, że wiem, że zatrudniają mnie dalej tylko dlatego, że muszą. Planowo miałam zostać zwolniona, ale przez to, że wracam po macierzyńskim na okrojonym etacie, muszą mnie zatrudniać jeszcze przez rok. I ta świadomość nie jest zbyt przyjemna.

Ponieważ Latorośl obudziła się ze swojej porannej drzemki, pozwolę sobie tym optymistycznym akcentem zakończyć dzisiejsze wynurzenia.

Oj, działo się, działo, przez ostatni tydzień.

Zołza wylądowała ostatecznie u moich Teściów, którzy ulitowali się nad biedną Kociną i przygarnęli. Oni myślą, że już tak zostanie, a my z M. planujemy ją do siebie wziąć z powrotem. Tylko trzeba poczekać aż Junior wyrośnie z denerwujących ją częstotliwości płaczu.

Ostatnie parę dni spędziliśmy w uroczym Spa w Elblągu. Przyzwyczaiłam się do luksusów w postaci śniadań przynoszonych do pokoju (a raczej apartamentu, który wzięliśmy, żeby mieć jakieś życie po tym jak Dziecko pójdzie spać i, co zostało nam wielokrotnie wypomniane podczas tego wyjazdu), sprzątania i generalnego charmidru wkoło. Rodzina zjechała się cała. A. szalał ze swoim kuzynem w zbliżonym wieku i dogadywał się z nim jak z żadnym dzieckiem wcześniej. Psocili ile się dało i jeden od drugiego wiele się nauczył. Oczywiście tych złych rzeczy.
Była również pierwsza wizyta na basenie. O Boże, co to byłą za radość! Tak wielka, że z ekscytacji pierwszego dnia Dziecina zrobiła kupę do basenu. Jakie były tego konsekwencje? Żadnych, gdyż Małżonek wraz z Potomstwem uciekli z miejsca zdarzenia.
Smutno było wracać do pustego mieszkania, gdzie M. znowu zapierdziela na dwa etaty, a my z Młodym jak te sieroty.

W związku z powyższym postanowiłam spełnić swoje marzenie. Znalazłam wreszcie coś, co chciałabym robić. Do tej pory odłożone na półkę „nigdy się nie ziści”. Niestety nie wiem, czy cokolwiek z tego wypali. Szanse są naprawdę małe, nie oszukujmy się, ale dopóki nie spróbuję, to nie będę wiedziała. Wbrew temu, co się wszystkim (obu moim czytelnikom) wydaje moim marzeniem nie jest zostać modelką, piosenkarką, czy też poczytną blogerką ;o))) Umówmy się, że ten statek odpłynął już wieki temu :D
Na razie zabrałam się za gromadzenie informacji. Muszę znaleźć moment, kiedy będę miała na tyle spokoju, żeby się zabrać za rekrutację. Trzymajcie kciuki!

Zołza

Brak komentarzy

Terapia jednak nie poskutkowała. Tym razem zaatakowała A. i tym samym musieliśmy wywieźć ją z domu. Szukamy dla niej domu, ale nie jest zbyt atrakcyjnym nabytkiem, zdaję sobie sprawę. Nie tracimy jednak nadzieji.
Zołza mieszka w klinice weterynaryjnej. W klatce z kuwetą i „domkiem”. Źle znosi rozłąkę. Prawie nic nie jadła, tylko siedziała w odosobnieniu. Dzisiaj było ciut lepiej. Wygładkałam ją, dałam jeść, jednak nie zjadła zbyt zajęta łaszeniem się i próbami ucieczki. Komoletnie nie rozumie dlaczego jest w tym miejscu.

A ja mam złamane serce. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że aż tak mocno przywiązałam się do tego kota. Była moim towarzyszem przez 9 lat! I tęsknię za nią jak za członkiem rodziny. Od trzech dni praktycznie cały czas płaczę, a w sercu mam pustkę. Brakuje mi jej kręcenia się pod nogami, przybiegania na dźwięk otwieranego zamrażarnika albo krojenia czegoś na desce. Domagała się tego, nawet, kiedy były to owoce :o) Brakuje mi jej apotowania gumek, włażenia w każdy karton i papierową torbę mimo iż wtedy doprowadzało mnie to do szału. Nie wiem, czy nie pogodziłabm się z tym bardziej, gdyby po prostu była chora. Taka głupia rozłąka.
Gdyby nie to, że nie mamy innego wyjścia… Nikt się już nie podejmie terapii i nie zagwarantuje, że A. nic się nie stanie. A ja muszę przede wszystkim myśleć i dziecku.

Tylko dlaczego jest mi tak strasznie ciężko…!

image

Miewam takie dni, po całodziennym zajmowaniu się Dzieckiem, że siedzę wpatrzona w jeden punkt na ścianie i nie mogę odwrócić wzroku. Takie kompletne zawieszenie mózgu. Często nawet nie zapalam światła, nie włączam telewizora, tylko siedzę, zdarza się, że nawet z godzinę i patrzę w jeden punkt. Czasem mi się wydaje, że tracę też wtedy na chwilę przytomność. Przynajmniej świadomą.
To taka moja forma odstresowania się po całym dniu użerania się z Latoroślą. Muszę się zresetować.
A uwagi trzeba Mu poświęcać coraz więcej. Włazi wszędzie, wspina się na wszystko, a wystarczy powiedzieć Mu „nie wolno” i uderza w ryk. Mam nadzieję, że to tylko taka faza, bo za bardzo nie mogę Mu wytłumaczyć o co chodzi. Jeszcze.

* Chodzi przy meblach.
* Ucieka przede mną ze śmiechem, kiedy Go wołam.
* Staje samodzielnie.
* Rozróżnia kształty i kolory klocków.
* Próbuje wchodzić na meble.
* Jest nieposłuszny. „Pyskuje”.
* Umie przełączać guziczki w zabawce (włączając i wyłączając muzyczkę).
* Próbuje wkładać klocki o różnych kształtach w odpowiadające im otwory w sorterze.
* Zgrzyta zębami.
* Podróżuje „na barana”.
* Biega z pusherem.
* Ma już 6 zębów.
* Zasób „słownictwa” poszerza Mu się z tygodnia na tydzień. Dźwięki jakie z siebie wydaje zaczynają już trochę przypominać słowa.
* Stoi samodzielnie przez kilkadziesiat sekund.
* Idzie podtrzymując się stołu, a kiedy stół się kończy, ostrożnie przechodzi do kanapy.
* Przytula się. Dużo. I chyba próbuje całować, ale póki co przytyka mocno obślinione i otwarte usta do naszych policzków.
* Probuje poruszać rączkami i ciałkiem w rytm muzyki.
* Zaczyna reagować na „nie wolno”. Płacze czasem i nie zawsze słucha, ale wie co to oznacza.
* Pomaga mi wyciągać pranie. Jest w tym naprawde rewelacyjny.
* Kiedy Go ubieram, a On trzyma zabawkę, to zgrabnie sobie ją przekłada z rączki do rączki, kiedy nadchodzi czas na włożenie drugiego rękawka.
* Robi „papa” na zawołanie i bije brawo, ale chyba nie do końca jarzy o co chodzi. Natomiast bardzo się cieszy, kiedy wzbudza podziw i radość swoim zachowaniem.
* Gryzie. Mocno.
* Podstawia sobie kartonik i na niego wchodzi, próbując wspiąć się na wyższy „poziom”.

Zauważyłam też zachowanie, które mnie trocę niepokoi. Otóż, kiedy jest zmęczony i marudny i zabraniam Mu zrobienia czegoś co by chciał, kładzie się na podłodze i zaczyna kopać nogami. Zupełnie nie wiem, gdzie mógł takie zachowanie zaobserwować. Chyba, że dzieci mają to zapisane w DNA.
Błagam, żeby tylko nie wyrósł na wstrętnego, rozkapryszonego bachora, który rzuca si na podłoę w sklepie i płacze i bije pięściami, za każdym razem, kiedy matka nie pozwoli mu kupić lizaka!

zdjęcie


  • RSS