kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2014

Przedpracowo

1 komentarz

Bardzo często zastanawiałam się jak się będę czuła tuż przed powrotem do pracy. W trakcie urlopu macierzyńskiego nachodziły mnie różne uczucia, ale ten termin wydawał mi się tak abstrakcyjny i odległy, że tak naprawdę, to nie wiedziałam co będzie potem. Zupełnie jakby od tego dnia miał się skończyć świat (podobnie miałam z terminem porodu, kiedy chodziłam w ciąży). Kompletna pustka.

Uczucia mam mieszane. Z jednej strony zalewa mnie fala ogromnych wyrzutów sumienia, że zostawiam swoje Dziecko obcym ludziom. Czuję zazdrość, że te kobiety będą spędzały z moim Synkiem cały dzień, co do tej pory było moim przywilejem. Zazdroszczę, że w jakiś sposób staną się dla Niego ważne. Wiem, że to jest normalne, ale do tej pory byłam to JA!
I tak, tak. Doskonale wiem, że mnie nie zastąpią. Mimo wszystko to trochę boli.

Z drugiej strony natomiast czuję dużą ulgę, że nareszcie wrócę do świata dorosłych i częściowo odzyskam swoje życie. Tylko swoje. Mój świat przez parę godzin dziennie nie będzie się kręcił wokół zaspokajania potrzeb Potomstwa. Bo niby mieliśmy swoje momenty. Ostatnimi czasy przepięknie nam się dzień układał i miałam dla siebie sporo czasu.
Latorośl się w ogóle usamodzielnia. Od paru dni odnoszę wrażenie, że już nie chce żebym Go usypiała, tylko chce sam. Z jednej strony super, bo bywa to uciążliwe, wierzcie mi, ale z drugiej… To kiedy będę Go nosiła na rękach?! Jest już tak samodzielny, że w zasadzie w oóle tego nie potrzebuje (no, chyba, że się walnie). Zaczyna chodzić, sam stać, sam pić, jeść (i to w dodatku sztućcami!), coraz więcej bawi się sam i sobą zajmuje. Gdzie tutaj miejsce dla odrzuconej matki ;o)

Młodociany się żłobkował, a mamusia miała wychodne. Niestety „załatwiałam sprawy” w związku z czym ten pierwszy dzień wolności upłynął na lataniu jak kot, z wywieszonym jęzorem, w 32-ustopniowym upale. Było naprawdę fajnie.

A teraz siedzę sobie WRESZCIE bez zajęcia, bo Latorośl położyłam spać i delektuję się spokojem. Załatwiłam WSZYSTKO, co sobie na dzisiaj zaplanowałam. Uwielbiam takie dni.
Niestety włąśnie zdałam sobie sprawę, że jeszcze nic dzisiaj nie zjadłam, o czym mój żołądek dość nachalnie mi przypomniał.

Jutro nareszcie fryzjer. Utnę chyba z 15 cm, przysięgam! Koniec z długą przylizaną i skołtunioną masą.

hasztag

Brak komentarzy

Kojarzycie ten taki przyjemny moment, kiedy budzicie się i macie zawieszkę? Patrzycie się w jeden punkt, głowę macie pustą i jest tak przyjemnie i relaksująco?
No to ja takiej pobudki nie miałam od roku. Moje poranki wyglądają tak, że Młodzież wdziera się brutalnie, z pełnym impetem w moje jeszcze nie do końca przytomne myśli i trzeba się zajmować tylko NIM.

Ale dzisiaj było wyjątkowo. Dzisiaj A. obudził się o 5 i odmówił dalszego spania. W związku z zaistaniałą sytuacją musiałam siedzieć z Nim i zabawiać marudzącego Potwora. Dostał śniadanie, butlę z mlekiem, pojęczał i o 07:30 zasnął. Wtedy z ulgą również położyłam się do łóżka. Obudziłam się o 9 i miałam taką właśnie zawieszkę. Było to nad wyraz przyjemne, przez jakieś 3 minuty, bo po takim czasie Synuś się obudził i tyle z relaksu mamusi.

Wczorajszy wieczór z M. udał się nad wyraz dobrze. Niestety tradycyjnie musiała wyjść wcześniej, bo obowiązki wzywały.

Nie wiem na jaki kolor pomalować sobie paznokcie…

Po raz pierwszy wróciłam do pustego domu. Nie było w nim ani Kota, ani Dziecka. Pusto. Cicho.
Wysiadając z samochodu cały czas miałam wrażenie, że czegoś zapomniałam, bo nie zdarzało mi się jeszcze jeździć i tym bardziej wysiadać bez Małego pod pachą. A tutaj taka niespodzianka.
Miałam dla siebie tylko dwie godziny, ale wbrew pozorom mój nastrój nie był smutny, czy zmartwiony o przyszłość Potomstwa. Nie. Raczej ze szczęścia nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Ze szczęścia, że po raz pierwszy od roku, mogę głośno obejrzeć film, nie nasłuchiwać, czy Mały w pokoju obok się nie obudził. Mogłam śpiewać głośno w mieszkaniu, nie patrząc pod nogi i WRESZCIE miałam pełen relaks. Nie musiałam myśleć o Nim przez DWIE GODZINY, a nawet sobie nie jesteście w stanie wyobrazić, co to za komfort!

Rozpoczęłam przygotowania do urodzin. Przyszły już pierwsze ozdoby. Jest korona dla Małego Księcia (dla wszystkich dzieci), szyld, zawieszki i balony. Zaraz zastanowię się jakie ustalić menu tak, żebym nie spędziła dwóch dni w kuchni i, żeby mi potem nie została lodówka zawalona żarciem. Coś lekkiego i poręcznego, jako, że stół będzie raczej szwedzki. Najważniejsze, że grilla odpalimy, to tak naprawdę mięso się wrzuci i będzie gites.
Jutro dojdzie „zastawa” tekturowa, a w razie potrzeby dorośli będą się posiłkować naczyniami szklanymi.

Jutro przyjeżdża do mnie M. na mały balkonowy relaksik, także może coś doradzi swoim wieloletnim doświadczeniem w organizowaniu oraz bywaniu na kinder balach.

Ponieważ mój powrót do pracy zbliża się nieuchronnie ogromnymi krokami i jest już za zakrętem, rozpoczęliśmy wczoraj adaptację Muppeta w żłobku. Zareagował na wyraz dobrze. Od razu został otoczony przez inne dzieci, złaknione wszystkiego, co nowe. Głaskały Go, gładziły, a On rozglądał się uszczęśliwionym wzrokiem wkoło i był w siódmym niebie. Po paru minutach takich pieszczot i powitań, usiedli w kółeczku i zaczęli śpiewać piosenki. A., który nie do końca rozumiał zasady gry siedział na środku i był tak zaaferowany, że na swoich Starych w ogóle nie zwracał uwagi. Zostaliśmy więc zachęceni, do opuszczenia pomieszczenia, bo nie ma sensu siedzieć z dzieckiem, które tak świetnie reaguje. To gites. Usiedliśmy w ogrodzie, przyniesiono nam kawki, jak w najlepszej restauracji i zaczęliśmy wybierać prezent dla przyszłego Młodego Jubilata. Tymczasem w żłobku odbywała się prawdziwa impreza urodzinowa i A. załapał się na pierwszy urodzinowy tort. Takie początki, to ja rozumiem!

Prezent został wybrany i przeszedł me najśmielsze wyobrażenia, M. zajął się pracą, bo oczywiście jakieś pożary wybuchają, kiedy nie ma Go przez chwilę, a ja zrelaksowałam się z książką.

Po 11 Muppet został odebrany. Oczywiście od razu jak mnie zobaczył, to się popłakał. Nie wiem tylko, czy powodem było to, że już idziemy, czy to, że taka wielka krzywda Mu się stała, że od matczynej spódnicy oderwan, musiał znosić obecność obcych ludzi. Naprawdę ciężko mi powiedzieć cokolwiek w tym temacie.
Jutro jedziemy ponownie na dwie godzinki, a od poniedziałku codziennie. Już się nie mogę doczekać, w te upały i mój wspaniały nieklimatyzowany samochód!

Rozpoczęłam również przygotowania do imprezy urodzinowej i ogrom pracy, jaką muszę w to włożyć sprawia, że nie jestem do końca pewna, czy to aby dobry pomysł, żebym w piątek wracała do biura. No, ale jak już się powiedziało „A”…

Stała się dzisiaj rzecz najstraszliwsza ze strasznych!
Młodzież się zbuntowała i postanowiła postawić na swoim w temacie spacerowego towarzysza. Padło na misia, z którym śpi. Niechętnie go wzięłam, bo po pierwsze jest duży, a po drugie, Młody wyrzuca zabawki z wózka, jak Mu się znudzą. A nudzą się baaaardzo szybko, wierzcie mi! No i poszliśmy. We trójkę. A., ja i miś. Niestety w niewyjaśnionych okolicznościach miś nam zaginął po drodze. Jestem zdumiona zaistniałym faktem, gdyż jest naprawdę duży i nie wierzę, że nie zauważyłam, kiedy został wyrzucony. Miałam torby z zakupami, może akurat poprawiałam którąś i akurat wtedy Misiek został wysłany na banicję, ale po prostu ciężko mi w to uwierzyć. Jestem taka wściekła!!!!!
Najśmieszniejsze jednak jest to, że kiedy zorientowałam się, że misia niet, to załamana latałam po mieszkaniu i go szukałam, a A., kiedy zorientował się, że coś dziwnego się z Jego starą dzieje, zaczął mnie pocieszać. To było naprawdę słodkie. Podszedł do mnie ze swoim najpiękniejszym uśmiechem, podniósł rączki, żeby Go wziąć do góry i całym ciałkiem do mnie przylgnął, głaszcząc po włosach.

A ja Mu zgubiłam misia…

Soooo popular!

Brak komentarzy

Ależ mamy turnee. Wczoraj wizyta u jednej koleżanki (i mojej, i Młodego), a dzisiaj wycieczka aż do Łomianek do P. i naszej pierwszej wspólnej współlokatorki.
Jeśli chodzi o G. i Jej słodką Córeczkę, to niestety zauważyłyśmy, że pół roku różnicy wieku dla tak małych dzieci, to przeszkoda nie do pokonania. A. albo wyrywał zabawki małej A., albo Ją bił, albo kompletnie ignorował. Nie miała Mu nic do zaoferowania poza przekręcaniem się z boku na bok. Cóż zrobić. Jeszcze będzie za Nią latał, bo Dziewczynka jest naprawdę urodziwa.
Zupełnie inna sytuacja miała się dzisiaj z H. H., urodzona półtorej godziny po Nim jest dokłądnie tego samego wzrostu, wagi i generalnie również bardzo ładne niemowlę. Synuś będzie miał w czym wybierać (jeśli w dorosłym życiu zdecyduje się na kobiety). A. i H. generalnie tak samo gadają, są miej więcej na tym samym etapie rozwoju, więc dzisiejsze zabawy, to była czysta przyjemność. Zabawki wyrywali sobie dokłądnie po równi, a ciosy dawane i przyjmowane były również z takim samym entuzjazmem. Oboje byli zachwyceni. Szkoda, że tak późno pomyślałyśmy o spotkaniu, bo zaraz wrócę do pracy i będzie dupa z przedstawienia.
P. zaproponowała wspólne urodziny u nich w domu i chyba się w końcu na to zdecydujemy. Oni mają dom z ogródkiem, zrobimy grilla, dzieci się pobawią. Będzie miło. Oby tylko pogoda dopisała. Jedynym minusem, jaki widzę w całej tej organizacji jest to, że goście mogą (i w sumie z lekka powinni) czuć się zobligowani do zakupienia prezentów dla obydwojga dzieci… Ale myślę, że wszyscy sobie jakoś z tym poradzimy ;o)))
Jest to całkiem fajne rozwiązanie.

Kirli kirli

Brak komentarzy

Kiedy byłam we wtorek u dentysty mignęła mi jakaś gazetka-szmatlawiec z kolejnym wywiadem wspaniałej aktorki, która postanowiła podzielić się z szerszym gronem swoimi spostrzeżeniami na temat macierzyństwa. „Macierzyństwo sprawiło, że wreszcie poczułam się jak kobieta”, brzmiał tytuł owych wynurzeń. Prawie się zakrztusiłam, kiedy to przeczytałam.
Macierzyństwo uczy wielu rzeczy: cierpliwości i miłości. Człowiek jest w stanie poznać swoje granice (np. wytrzymałości) i je przekroczyć. Uwierzę w te wszystkie rzeczy, nawet trochę więcej, ale nie w to, że sprawi, że poczujesz się jak prawdziwa kobieta. No nie kupię takiej bzdury choćby nie wiem co. Never.
Kiedy dzieciak zwisa ci z cycka i umówmy się, kiedy karmisz wyglądają one kosz-mar-nie (!!), jesteś nieumalowana, niewyspana i nie masz czasu się wykąpać, bo bobas miewa humory albo źle się czuje. O takich zabiegach jak pomalowanie paznokci, ogolenie nóg, czy chociażby posiadanie czystej, niepoplamionej wymiocinami albo mlekiem bluzki, możesz w ogóle zapomnieć. Nikt mi nie wmówi, że wtedy czujesz się jak prawdziwa kobieta! Chyba, że chodzi o te pierwotne kobiety, co to je faceci walili pałami przez łeb i zaciągali do jaskini, żeby wychowywały dzieci i pilnowały ognia. No chyba, że o takie „prawidziwe kobiety” chodzi, to wtedy ok.

Nawet potem, jak już dziecko nie wymiotuje sześć razy dziennie i nie wyciera swojej ślicznej buzi w twoje ubranie, to zaczynają się inne rozrywki. Ja na przykłąd mam nogi całe pogryzione i w siniakach. Po ganianiu na czworakach i „pieszczotach” jakie zadaje mi mój Syn. Nogi wyglądają koszmarnie. Mam mega cellulit, którego nie miałam wcześniej aż tak strasznego, skóra zwisa mi tu i ówdzie i pojawiła się nadwaga, której już chyba nigdy się nie pozbędę. Taka się ze mnie zrobiła seksi mama.
Żadna ze znanych mi Matek nie powiedziałaby takiej głupoty.

Chociaż sorry. Koleżanka kiedyś wspomniała, że, kiedy karmiła, to wreszcie pojawiły się u niej piersi. Ale przeszło razem z mlekiem, więc już jest w normie ;o))

Tytuł

Brak komentarzy

Przysięgam, że jak jeszcze raz musiałabym przeczytać „Krasnoludki” Jana Brzechwy, to chyba bym zasnęła. Muszę sobie zrobić przerwę, bo zaczynam tak samo gadać. Próbka głosu, którą wysłałam wcześniej okazała się „zbyt płaska”. Tak myślałam, że będzie płasko i mało urozmaicenie. Więc teraz strugam z siebie idiotkę i wyczyniam dziwactwa z głosem podczas czytania tego jednego, małego, słodkiego wierszyka :D
Ale teraz przerwa i chwila na zastanowienie się, jak jeszcze możnaby poszaleć z modulacją i emocjami.
Jest nawet fajnie :o))

Potomstwo natomiast wzbogaciło swoje umiejętności o podawanie „cześć”. Oczywiście na razie podaje rękę, kiedy ma ochotę, a nie „na życzenie”. Przecież nie jest z Niego żadne tresowane zwierzątko, tylko kulturalny Młody Człowiek.

Termin adaptacji ustalony. Zaczynamy jeździć 21 lipca. To akurat niespełna dwa tygodnie. Wystarczy.

Na czwartek i piątek mamy umówione play dates, więc staram się jak mogę zapewnić Synowi jakąś rozrywkę przez nasze ostatnie wspólne dni (chlip).

Nie mogę się doczekać, kiedy moja śliczna i wygodna w prowadzeniu Inglesina przyjdzie do nas!!! Już jutro powinna być! Wreszcie znalazłam wózek spacerowy na miarę króla ;o)) A poważnie, to jest tak mega wygodny w obsłudze i prowadzeniu, że zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia.
A dodatkowo jest po prostu ładny. O!

Ależ mnie ostatnio ta Dziecina wykańcza. Taki Konus, takie Chuchro, a patrzcie Państwo, jaki żywotny i konsekwentny w doprowadzaniu do szału.
Jesteśmy na etapie uczenia się czego wolno, a czego nie. Jezusie Świebodziński, nie mam na to siły. Trzeba być konsekwentnym, konsekwentnym i jeszcze raz konsekwentnym, a mnie ta konsekwencja spada wprost proporcjonalnie do upływającego dnia. Pod koniec, kiedy Latorośl jest w najgorszym stadium zmęczenia, marudzenia, kapryszenia i generalnie zastrzelcie-mnie-tu-i-teraz!, byłabym w stanie dać Mu do zabawy swój rozrusznik serca, byle tylko mieć chwilę spokoju.

Muszę ustalić termin adaptacji w żłobku, a jakoś tak unikam tematu. Mimo iż będę miała dodatkowo jakieś dwie godzinki dla siebie na książkę, czy inne takie, to jakoś nie mogę się zmusić. Bynamniej z powodu tego, że A. będzie działa się krzywda. Nie oszukujmy się. To Dziecko nauczyło się gryźć do krwi jeszcze zanim nauczyło się chodzić, a ostatnio wzbogacił umiejętności samoobrony o drapanie, więc jestem spokojna o Jego przyszłość pośród innych dzieci. A wierzcie mi! Wśród tak małych ludzi obowiązuje prawo dżungli! Już nie raz się o tym przekonałam.

Dzisiaj odbyłam uroczy dwugodzinny spacer z Sąsiadką M.. Chłopcy nie widują się często. W sumie był to chyba nasz trzeci raz w ciągu ostatniego pół roku. Jednakowoż uroczo się przywitali. Każdy wyciągnął rękę ze swojego wózka i uścisnęli je sobie. Słodkie to było. Jak słodkie, mogą stwierdzić tylko Matki w.w. W każdym razie rozpłynęłyśmy się. I nie tylko z powodu żaru lejącego się z nieba!


  • RSS