kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2014

macierzyństwo

Brak komentarzy

Jeszcze nigdy dotąd nie miałam ochoty zostawić swojego życia za sobą tak bardzo, jak dzisiaj. Po prostu wyjść i wyjechać. Nie mówić nikomu gdzie. Wrócić ewentualnie po tygodniu, zebrać opierdziel i żyć dalej.
W tak ciężkich chwilach jak dzisiaj nawiedzają mnie myśli, które sprawiają, że mam wyrzuty sumienia. Nie jestem jak niektóre matki. Nie jestem ostoją ciepła, zapatrzoną w swoje dziecko.
Kojarzycie ten obrazek? Pastelowe kolory, kobieta w długich włosach, siedząc w fotelu na biegunach trzyma w ramionach niemowlę. Uśmiecha się ciepłym, pełnym miłości i spełnienia uśmiechem. Niemowlę jest spokojne. Najprawdopodobniej je (z piersi lub butelki), a jeśli nie je, to patrzy na matkę uśmiechnięte, w ogóle nie płacze. Pokoik jest posprzątany, ciepłe słońce za oknem, nigdzie ani śladu ojca (bardzo częste w takich obrazkach). Aż bije po oczach tą wspaniałą matczynowością!
U mnie tak nie ma. Kiedy mój Syn nie zasypia przez 15 minut, zaczynam tracić cierpliwość. Bardzo często zastanawiam się po co to wszystko. Nie brandzluję się każdą chwilą, że tak strasznie się cieszę, że jestem matką, że mam dziecko. Wręcz przeciwnie. Często zastanawiam sie, jakby to było bez Niego.
Oczywiście kocham mego Syna nad życie, gdyby coś Mu się stało byłabym bezwzględna i nie wyobrażam sobie życia bez Niego… chociaż to kłamstwo. Wyobrażam sobie. Bardzo często. Nie chcę, żeby Go w nim nie było, bo już nie jestem w stanie normalnie żyć bez dziecka. Ale często oddaję się marzeniom. Coś, jak się bezdzietni zastanawiają jakby było na wypasionych wakacjach na Malediwach, Bali albo w innym malowniczym miejscu.
Niestety psychę mam już skrzywioną tak, że jak mi się zdarzy spędzić wieczór/noc/dzień bez Potomstwa, to za Nim tęsknię i zastanawiam się co robi.
Nie chcę też odczuwać z tego powodu pieprzonych wyrzutów sumienia. A okupuję każdą taką chwilę marzeń okropnymi wyrzutami. Co ze mnie za matka?
Najgorszy jest brak cierpliwości. Chciałabym to zmienić, ale nie jestem w stanie.
Spoko. Nie biję Dziecka, ani nie robię Mu krzywdy. Ale nie jestem matką z obrazka, chociaż bardzo chciałabym być.

Powodem dzisiejszych przemyśleń. Nie pierwszy raz z resztą, jest to, że A. znowu jest chory. To Dziecko było zdrowe dosłownie przez jeden dzień! Jeden pieprzony dzień spokoju i znowu. Tym razem przeziębienie. Od rana leci Mu z nosa, marudzi, a wieczorem nie zjadł kolacji i ryczy co chwilę. Podejrzewam, ze noc będzie rozrywkowa, a ja nie mam już na to siły. Jedna przespana noc, w ciągu ostatnich 10-ciu dni, to dla mnie za mało, żeby nabrać chęci do życia. I nie mam na myśli wstawania raz na karmienie. Nie nie nie. Chodzi o noszenie Bobaska pół nocy, płacz co 5 minut (podkreślam, że w ciągu tych 5-ciu minut zdążę zasnąć, a to najgorsza tortura. Po 7-mej pobudce mam ochotę się zabić i słaniam się na nogach ze zmęczenia).
MAM DOŚĆ!

Wtorkowo

Brak komentarzy

Wbrew diagnozie pani doktor, Synek nie miał rotawirusa, tylko trzydniówkę. Rozpoznaną po wysypce, która się pojawiła po trzech dniach. Gorączka zniknęła, ale biegunka została. Z tym, że o zmniejszonej częstotliwości, niż początkowo, więc i tutaj jest nadzieja.
Noce w dalszym ciągu są mocno takie sobie. Budzi się często. Minionej nocy przeszedł sam siebie, bo zaczął się ze mną bawić. Ja zombie, ledwo na oczy patrzyłam, a Dziecina party mood i jechana. W końcu zostawiłam Go w łóżeczku. Pomarudził chwilę, ale zaakceptował sytuację dość szybko. Nie wiem jak długo się bawił sam, ale spał do 9, więc myślę, że trochę poszalał. Z resztą, kto wie, może i płakał, ale taka byłam nieprzytomna, że całkiem możliwe, że nie słyszałam.

Dzisiaj M. wziął wolne, co w efekcie oznaczało, że cały dzień spędził w Hostelu. Kiedy wrócił pojechaliśmy do mojego biura, żebym się mogła spakować, bo jutro wpada firma przewozowa i zabiera kartony. Co nie zostało spakowane będzie wyrzucone, więc termin był dość naglący. Udało się. Przy okazji poznałam Ojca mojego szefa, więc tak o.

Teraz gotuję Dziecku marchwiankę na wypadek nocnej pobudki i spragnionego gardła i oglądam Kapitana Amerykę. Aż dziw, że nie widziałam jeszcze tej drugiej części. Co się ze mną dzieje?!
Na tapecie u mnie Tryptyk Karin Slaughter, ale po porodzie coś się stało z moją głową i bardzo ciężko przeżywam książki i filmy, w których dzieje się krzywda dzieciom. Nawet takim 16-letnim. Pewne fragmenty przeczytałam dobrych parę dni temu, a cały czas mam je w głowie. Chyba muszę sobie zrobić przerwę w kryminałach i poczytać coś delikatniejszego, lżejszego… Nawet mam parę książek w kolejce. M.in. nową Giffin. Chyba na tym poprzestanę.

Dzięcięciu znowu trzeba odświeżyć garderobę. Ja się wykończę!

Może mi ktoś wytłumaczyć o co chodzi z tym ice bucket challenge i splashu? Rozumiem co robią, pytanie, dlaczego!

Brak komentarzy

Jest źle. No przecież dlaczego miałoby być dobrze?!
A. złapał rotawirusa. Najłatwiej mi to opisać w ten sposób, bo nie jest to rotawirus jako taki, ale jakaś jego pochodna. Jest strasznie. Ta noc, to był istny koszmar. Była ogromna gorączka nie do zbicia. Dopiero o 3:30 udało nam się coś z tym zrobić. Wymioty, rozwolnienie i generalnie mój ryk, kiedy rozpalone gorączką Dziecko gładziło mnie po twarzy i łapało za rękę. Gdybym mogła, to bym wchłonęła tę Jego chorobę, przeszła sto razy gorszą, żeby tylko On był zdrowy. Ale niestety musi (-my) przez to przejść.

Dodatkowo w dzień zrzucił na siebie lampkę. Sama nie wiem, jak mam to usprawiedliwić. Chyba tylko zmęczeniem. NIGDY o tym nie zapominałam!!! Do dzisiaj. Dzisiaj pociągnął za kabel, lampka spadła, Dziecko ma ranę na głowie, a ja nie mogę przestać zadręczać się myślami: „A gdyby siedział bliżej…”, „Gdyby Mu spadła prosto na głowę…”, „Gdyby wbiło Mu się szkło…”. Kiedy pomyślę, jak blisko byłam dzisiaj utraty Dziecka…

Co ze mnie za matka…?

Pierwszy w pełni przepracowany tydzień był mieszany. Momentami ok, a momentami koszmarny. Na szczęście za tydzień wraca kolega, którego zastępuję i nie będę musiała być zasypywana Jego sprawami, w które wprowadził mnie baaaardzo pobieżnie, a w niektóre wcale.

Miejsce postojowe w nowej siedzibie zostało już pozamiatane. Nie będę go miała. Za mało ważna jestem w tej firmie, żeby zasłużyć na parking. Będę musiała więc parkować gdzieś po krzakach. Zobaczymy, jak to bedzie wyglądało. Coś się wymyśli (do momentu, w którym mi po raz pierwszy straż miejska nie odholuje wozu :D).

Wesele M&M(s) bardzo udane. Pomijam, że padaliśmy z M. ze zmęczenia i ledwo wysiedzieliśmy do około 1-szej. Ale było o wiele lepiej niż się spodziewałam. Pyszne jedzenie, całkiem miłe towarzystwo. Daliśmy radę.
My i Młody, po raz pierwszy na noc zostawiony bez czułej matczynej opieki. Dziadkowie się spisali.

Teraz coś tam zrobiłam do pracy i siedzę przed serialami, które udaje mi się jakoś nadganiać. Nawet razem z M., który w domu ostatnio jakby więcej czasu spędza.

Przyszły tydzień będzie luźniejszy, bo nie ma obu szefów. Jeden na urlopie, drugi w Serbii, więc samowolka lekka będzie się działa. Poza poniedziałkiem, który mi się szykuje dość intensywny, bo deadline’y i do zastępstwa kolegi dochodzi jeszcze nieobecność koleżanki, za którą też będę musiała parę rzeczy zrobić.

Także tak o.

Ten tydzień jest naprawdę straszny. Małemu wychodzą wszystkie trzonowce naraz i widzę, że bardzo się Biedak męczy. Noce są różne. Czasem ujdą, a czasem jest istny koszmar i noszenie, i pobudki. Przyznam, że rozumiem dlaczego brak snu jest stosowany jako tortura. Jednej masakrycznej nocy A. ryczał co 10-15 minut. Za każdym razem naiwnie i z nadzieją zasypiałam, by po sekundzie budzić się i lecieć do pokoju Małego. I nosić, nosić, nosić.

Nie mam siły.

Dodatkowo staram się robić coś do pracy, więc generalnie każda moja wolna chwila jest wypełniona zajęciami. Nawet, kiedy Dziecko śpi.
Ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? I tak nikt nie spojrzy łaskawszym okiem. Dla swoich szefów jestem niepotrzebną matką po macierzyńskim, która będzie sprawiała tylko same kłopoty.

No to sobie popracowałam.
Domyślałam się, że Młody będzie chorował, kiedy pójdzie do żłobka, ale nie podejrzewałam, że już drugiego dnia. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak głupio było mi dzisiaj pójść do szefa i powiedzieć, że „sorry, ale mnie znowu nie będzie. Bog wie ile”, bo Potomstwo potrafi mieć przeziębienie nawet 3 tygodnie. Wstępnie umówiliśmy się, że do końca tygodnia. Z szefem, nie Synem :D
Podejrzewam, że atmosfera w pracy nie będzie ciekawa, ale pieprzyć to (!) Moje Dziecko jest dla mnie najważniejsze. Jeśli będzie trzeba, to pół roku bede z Nim w domu na zwolnieniu siedziała! Albo co drugi tydzien.

Kolejny dzień w pracy natomiast nie był już tak bezużyteczny jak pierwszy. Nawet coś już tam wiem. Dowiedziałam się również jak się nazywa moje stanowisko: Business Analyst. To pewna odmiana, gdyż przez bardzo długi czas wykonywana przeze mnie praca była zupełnie czymś innym, niż tkwiło na papierze.
I coś tam mi się jeszcze kołacze pod tą makówką, jeśli chodzi o Excela. Tylko odkurzyć trzeba i odświeżyć posiadaną wiedzę. Dam radę.

Upał w samochodzie był dzisiaj nie do zniesienia. Na zewnątrz 38, a w środku 10 więcej. Jak otworzyłam piekarnik, to buchnęło na mnie takie ciężkie gorące powietrze, jak znad grilla. Musiałam wietrzyć przez chwilę, żeby w ogóle udało się wysiedzieć. Dziecko przecież chore musiałam tam wieźć. Masakra! Kiedy wysiadłam, to byłam mokra. Po raz pierwszy od dawna również pot skraplał mi się na skroniach.

Wczorajsza noc była koszmarna. Adaś budził się co półtorej godziny i trzeba Go było nosić, dopóki nie odetkał Mu się nos. Co gorsza dzisiaj zapowiada się to samo, bo już raz się obudził z płaczem, a za oknem nadciąga burza, co jest dobre pod tym względem, że powietrze sie trochę ochłodzi, ale ogromnym minusem jest fakt, że Synuś obudzi się na 100%. Grzmoty i błyskawice nie sprzyjają spokojnemu snu!

Szlag by to trafił!
Idę spać, póki mogę, może chociaż trochę snu urwę!

Roczek.

Brak komentarzy

To był zarazem natrudniejszy i najpiękniejszy rok mojego życia. Najpiękniejszy oczywiście z perspektywy czasu, bo stał się taki dopiero parę tygodni temu.

Adaś zaczyna już chodzić, postanowił, że sam będzie usypiał, zaczyna sam jeść i generalnie usamodzielnia się moje Maleństwo. Nie do końca wiem, co mam o tym myśleć, gdyż wydawało mi się, że czekam z utęsknieniem na dzień, kiedy będzie bardziej samodzielny, a okazało się, że nie do końca godzę się z tym faktem. Oczami wyobraźni widzę Go, jak umawia się z dziewczynami i ma kolegów, którzy wiedzą o Nim prawie wszystko, a ja kompletnie nic, poza tym, że kiedy był małym dzieckiem, to lubił pierdziochy na brzuchu, albo jak się udawało, że jest super-silny.
Na dodatek nie do końca chyba pogodziłam się jeszcze z faktem, że będzie spędzał całe dnie w żłobku. Mojego przekonania nie polepsza fakt, że usłyszałam: „Nie uważasz, że jest jeszcze za malutki żeby Go zostawia w żłobku?”. Straszne. Bo ja osobiście uważam, że jest za malutki, ale mus to mus i muszę wróćić do pracy. Chociaż niby mogłam przeciągnąć urlop, którego mam jeszcze trzy miesiące.

Ale nie o tym miała być mowa.

A. stał się zupełnie inny. Z niemowlęcia zmienił się w dziecko, a ja nawet nie zauważyłam kiedy. Z dnia na dzień uczy się nowych rzeczy i naprawdę wiele już rozumie. nabywa nowych umiejętności i napawa swoich rodziców dumą z każdym dniem.

Jest małym cudownym i radosnym Chłopcem,

Image


  • RSS