Padam. Oficjalnie padam na cycki.
Dotałam dzisiaj nieunikniony telefon ze żłobka, że Młodość ma gorączkę i trzeba Go odebrać, w związku z czym spakowałam kajecik i od jutra jestem na zwolnieniu, w domu. Nawet nie miałam specjalnych wyrzutów sumienia, bo pracowałam jak Bóg przykazał przez prawie miesiąc. Od mojego powrotu z macierzyńskiego nigdy tyle ciurkiem nie przepracowałam.

Po powrocie do domu, od godziny 15 Młody CALUTEŃKI CZAS MARUDZIŁ. Calutki!!! O 17:30 miałam ochotę uciec z domu z krzykiem. To było takie ciągłe zawodzenie z pretensją. Myślałam, że coś sobie zrobię! Dlatego też położyłam Go spać o 18:10 i nawet przekonanie, że wstanie jutro o 4 radosny i wyspany jak skowronek, mnie nie powstrzymało. Oby tylko wstał radosny jak skowronek, a nie marudny, bo cały dzień przed nami.

Jedynym światełkiem w tunelu jest wyjście na piwo z ludźmi z pracy. Nigdy wcześniej z nimi nie wychodziłam, ale na pewno będzie fajnie. I owszem. Tak. Jestem wyrodną matką, która zostawi w domu swoje chore Dziecko i wyjdzie się „zabawić” na miasto. Priorytety ustalone!