kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2014

Ho! Ho! Ho!

Brak komentarzy

No i mamy święta znowu. W ogóle ich nie poczułam tym razem. Nawet teraz nie czuję. Na 16 jedziemy do Teściów na Wigilię, a ja siedzę i wysyłam raporty, Młody drzemie, M. wrócił z pracy, a choinka nawet nie jest ubrana (nóżka od niej jest w pokoju A., więc musimy poczekać aż się obudzi).
Ciasto (mój jedyny wkład w wieczerzę), zakupiłam, bo nawet tego piec mi się nie chciało.

Także…

Wesołych Świąt!

Dziecko naprawde daje nam w kość w tym tygodniu. Zaczęłam się właśnie zastanawiać, że w ciągu ostatniego pół roku to ciągle nam w tę kość daje. A to zęby, a to katar, a to gorączka, a to sobie głowę rozwali. Ciągle, ciągle, ciągle coś!
W tym tygodniu dla odmiany postanowił, że NIE będzie się kładł spać jak dziecko, tylko jak człowiek dorosły, w związku z czym CODZIENNIE walczymy od mniej więcej 20:45, żeby zasnął do 21. Gdzie tam! 22:30, po wielu noszeniach, błaganiach, łzach i wkurwach, udaje się Bobaskowi zasnąć. Ale wczoraj np. M. zasnął u Niego na podłodze. Leżał koło Niego i mówił. Młodemu to wystarczyło, ale M. zasnął w trakcie tego usypiania. Obudziłam Go o 23:30 obolałego i zaprowadziłam do łóżka.

Coraz mniej mam cierpliwości na takie pierdoły, bo te parę chwil relaksu wieczornego bardzo jest mi potrzebne. Kiedy Młody wymaga ciągłej atencji, to mnie to po prostu doprowadza do szału.
Nie wiem co Go tak rozstraja, ale mam nadzieję, że niedługo się to skończy i Dziecko da mi wreszcie spokój z tymi nocnymi rykami!

Żeby zapewnić Dziecku rozrywkę po ciężkim, bezrozrywkowym okresie, pojechaliśmy wczoraj ze znajomymi do Wilanowa na pokaz światełek. Światełka były… ok.
Niestety Dziecko postanowiło po tym przeżyciu dostać kataru, a ja nie mam już sił na te wszystkie choroby, wydarzenia i nieszczęścia. Zwłaszcza, że każde takie „zdarzenie” kończy się moimi nieprzespanymi nocami i ciągłym stresem. Jutro planuję wrócić po dwóch tygodniach do pracy, a jak wiem z doświadczenia, po tygodniu uczęszczania do żłobka z katarem, A. będzie musiał siedzieć dwa w domu. I tym razem, to M. będzie się Nim opiekował, bo ja nie mogę sobie już pozwolić na nieobecności w pracy. Muszę chociaż trochę popracować.

Jestem zmęczona, zniecierpliwiona…
… I generalnie mam doła.

A pogoda? Pogoda jest dokładnie taka sama jak mój nastrój – do dupy!

.

1 komentarz

Nie mogę przestać o tym myśleć. Cały czas mam przed oczami widok, kiedy A. spada za łóżko i nagle dźwięk tłuczonego szkła. Przeraźliwa chwila ciszy i ryk, który jednocześnie sprawił, że nasze serca stanęły, a także poczuliśmy ulgę. A potem podniesienie Małego i pierwsze spojdzenie na głowę rozciętą strasznie. I ta krew… Dużo krwii…
Nie mogę się tego widoku pozbyć sprzed oczu. Mimo iż trzy minuty po zdarzeniu, Młody już bawił się w najlepsze i chciał jeździć samochodem. Mimo iż zdjęcia roentgenowskie wykazały, że wszystko jest ok. Ale założyli Mu 10 szwów!! 10!! I musimy to nosić przez 10 dni. I zostanie blizna.
Widzę, że Młody zachowuje się normalnie, a jednak nie mogę się pozbyć myśli, „co by było gdyby…”, a także „powinnam była…”. I wiem, że dziecka się nie upilnuje. Zwłaszcza tak ruchliwego i pomysłowego jak A. Ale powinnam bardziej uważać. Przewidywać. Myśleć dwa kroki naprzód.
A co jeśli któregoś dnia stanie Mu się coś gorszego… Nawet nie chcę o tym myśleć, ale dzisiaj nic na to nie poradzę.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Prawie straciliśmy dzisiaj Dziecko. Przez własną głupotę i brak wyobraźni. Wystarczyło wyrzucić tę jeb…ą lampę, a Młody tylko nabiłby sobie guza i tyle. Głowa byłaby cała, nie byłoby blizny na 7 cm, szwów, szycia, stresu, łez (głównie moich, chociaż i On strasznie płakał, jak Go zszywali) i tych wszystkich myśli, które powodują, że dzisiaj cały dzień płaczę. Jestem w strasznym stanie (w o wiele gorszym, niż mój Syn) i mam nadzieje, że niedługo dotrze do mnie, że nic się nie stało. Że takie rzeczy się zdarzają, że należy się cieszyć, że „tylko” tyle.

… Ale…

Dzisiejszy dzień mogę chyba ogłosić jednym z najbardziej dupiastych dni w tym roku. Zaczęło się od wczorajszej kłótni z M. Potem z samego rana zadzwonił do mnie szef, że jakiś raport jest „krytyczny” i kto to w ogóle za mnie robi, skoro sobie siedzę w domu z dzieckiem i przecież „odpoczywam”! Młody nie pomagał, bo zachowywał się strasznie. Marudził i płakał z byle powodu. Trzeba Go było cały czas nosić na rękach i miałam ochotę się zabić. Poważnie. Do tego wizyta u lekarza skończyła się antybiotykami, a nie chciałam ich dawać Dziecku jak najdłużej. Pomijam, ze Pani Doktor zepsuła się drukarka i czekaliśmy pod salą GODZINĘ, żeby łaskawie nas przyjęła, bo przecież recepty ręcznie nie można już wypisać. Nie. Trzeba DRUKOWAĆ, a pacjenci mogą sobie poczekać. W końcu nie są z cukru. Nawet jeśli jest się pediatrą i moi pacjenci do najbardziej cierpliwych nie należą.
Potomek dostał gorączki w trakcie tego czekania i weszliśmy do gabinetu w stanie wręcz więcej niż żałosnym. Czerwone, podkrążone oczy, pół[rzymknięte powieki, przeszklone oczy, nieobecne spojrzenie i przelewający się przez ręce. Myślałam, że rozniosę ten lux med!

Na szczęście zaraz po psiknięciu Tantum Verde, w Młodego wstąpił nowy duch. Latał radosny po mieszkaniu, rozdawał obślinione całusy, przybijał „piątki” i darł się wniebogłosy. Pewnie pierwszy raz od poniedziałku nie bolało Go gardło, Biedaka. To i odżył.
Zobaczymy jaka będzie noc.
I jaka będzie reakcja na antybiotyk.

Błagam. Dajcie mi już odpocząć.

I z tego wszystkiego zapomniałabym napisać o wczorajszych urodzinach E. Poszłyśmy we cztery na pyszną indyjcką kolację, a potem jeszcze na piwko do Kapsli… Wymarzona odskocznia od piekiełka, jakie mi funduje w domu Synuś.


  • RSS