kafela blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2015

Nadszedł wreszcie TEN DZIEŃ! Po wielu latach wyczekiwania, łzach, bólach w kręgosłupie i innych cierpieniach natury psychicznej i fizycznej nadeszła chwila, którą przepowiadali. W najśmielszych snach jednak nie oczekiwałam, że to się stanie tak łatwo i bezproblemowo. Otóż… Pauza na reakcję… Napięcie rośnie…

… Mój Syn sam zasypia!

:D

Wiem. Stary z Niego Koń i prawdę powiedziawszy już dawno powinien to robić. Umówmy się, rozpieściłam Dziecinę, jak dziadoski bicz! Ale bez najmniejszego problemu i jakiegokolwiek wysiłku z mojej strony, Młode po prostu zaczęło zasypiać w łóżeczku. Ustaliłam tylko nowy rytuał, który został zaakceptowany od razu. Oglądamy bajkę. Zapowiadam, kiedy kończymy, więc nie ma zaskoczenia. Następnie następuje przejście do pokoju dziecięcego (z czasem tylko niewielkim marudzeniem), włączenie kołysanek Grzegorza Turnau, krótkie czytanie bajeczki i łóżko. Muszę jeszcze co prawda siedzieć w sypialni, ale mogę sobie przy okazji np. poczytać książkę. A za jakieś miesiąc – otwieramy łóżeczko, żeby sam sobie wychodził. No i w międzyczasie spróbuję zostawiać Go w pokoju samego, żeby zasypiał sobie w spokoju wpatrzony w samoloty i chmurki, które ma przypięte na ścianie nad łóżkiem, a które dostał od Cioci E.

W tym tygodniu zaliczyłam już podróż lawetą i pierwszą wizytę w warsztacie, która była czymś więcej niż tylko badaniem technicznym, czy wymianą opon. Na szczęście skończyło się na błahostce (pękła linka sprzęgła), ale było fajnie. Zwłaszcza przepakowywanie się na podróż autobusem, a nie samochodem. Już zapomniałam, jakie to wygodne nie przejmować się tym, ile się bierze, tylko wrzucać do bagażnika, czy na siedzenie. Nie wyobrażam sobie jeździć z Młodym autobusem. Z tymi wszystkimi pieluszkami, ubrankami na zmianę…

Z nowości, to zapis do przedszkola już jest. Wpisowe wpłacone i A. oficjalnie od września będzie przedszkolakiem. Przedszkole pod domem, więc bardzo nam to ułatwi odprowadzanie i przyprowadzanie Potomstwa.

Zaliczyłam też pierwszego grilla w tym roku. Pępkowe Małego J. w Ossowie odbyło się w bardzo miłej atmosferze. Noworodek zachowywał się jak anioł. Spał, jadł i nawet dał Matce posiedzieć ze dwie godzinki ze znajomymi na dole. Z jednej strony jest przesłodkim małym aniołkiem i napatrzeć się nie mogłam, ale z drugiej – nie zazdroszczę. Nie chciałabym znowu się w to pakować.
Wystarczy mi mój zbuntowany prawie dwulatek.

Chyba mogę oświadczyć, że po prawie dwóch latach niedosypiania, zmęczenia i bycia wiecznie na usługach Niedorostka wyczerpał mi się akumulator. Młody w nocy nadal budzi się dość często. Zdecydowanie za często jak na statystycznego prawie dwulatka. Budzi się i pije. Bardzo dużo pije (nie, to nie cukrzyca). Tak po prostu ma. Nie wiem, kiedy zaczną się te przespane noce. I nie mam tutaj na myśli jednej, ale raczej regularnego rytmu. Nie jestem narzucającym rygor Rodzicem. Biorę Go przy pierwszej pobudce (ja, albo M.), z reguły koło godziny 1-szej, do łóżka i tak już zostaje. Wiem, że to pierwszy grzech młodych rodziców, ale mam to w dupie. Nie będę wstawała trzynaście razy w ciągu nocy do płaczącego Bobaska. Nie będę też, za namową mojego Taty, olewała płaczu: „Niech sobie popłacze, zaśnie w końcu”. Nie potrafię przejść koło płaczu mojego dziecka obojętnie (chyba, że mnie wkurza, bo próbuje coś wymusić w dzień). Nie mam na to najzwyczajniej siły, bo rano trzeba wstać o 6:20, wyprawić do pracy siebie i dziecko, a potem pracować, odebrać dziecko ze żłobka, wyjść z Nim na dwór, przygotować kolację, uśpić i jeszcze popracować. A w międzyczasie szukać pracy i przygotowywać się do rozmów kwalifikacyjnych…

Matka to najcięższa praca świata.
I daruję sobie ten oczywisty fakt, że najpiękniejsza ;o)

Majówka.

Brak komentarzy

Są takie dni, że łatwo mi dotrzymać kroku Potomstwu. Są takie dni, że zrywam się i biegniemy bez ociągania na plac zabaw, albo spacer. Wierzcie lub nie, ale takich dni jest więcej niż mniej. Niestety dzisiaj nie jest jeden z nich. Dzisiaj musiałam się zmuszać, żeby wyjść z Młodym i zrobiłam to tylko dlatego, ze Go kocham i żeby dobrze się bawił. No i, żeby szybciej poszedł na drzemkę, ale o tym nie musimy mówić głośno :D Nic z tego nie wyszło. Dokazywał do 12, mimo iż na dworze byliśmy prawie dwie godziny.

Teraz zajmuje się planowaniem popołudnia. Co będziemy robić po drzemce i obiedzie. I prawdę powiedziawszy jest to zajęcie, które najczęściej wykonuję weekendowo-wakacjowo. Bo Młodość wybredna nie jest, ale potrafi się dość szybko znudzić, więc zawsze trzeba mieć alternatywę.

Uwielbiam maj! Wielokrotnie na pewno powtarzałam, że jest to mój najulubieńszy miesiąc w roku (mimo iż urodziłam się w kwietniu ;o)).

Młody zaraz skończy dwa lata, w związku z czym zaczęła się seria pytań i „podejmowanie decyzji”, czy drugie, bo jeśli tak, to TERAZ! I strasznie mnie wkurza ogólne oburzenie, kiedy mówię, że my już skończyliśmy się rozmnażać. Reakcją jest z reguły albo oburzenie, albo uśmiech politowania z kiwaniem głową („na pewno. Acha.”). Ale nie oburza sam fakt tego, że nie chcemy już dzieci, ale to DLACZEGO ich nie chcemy. Otóż nie chcę więcej dzieci z lenistwa. Dwójka, to wbrew powszechnej opinii większy problem niż jedno, a trójka? Z trójką to już trzeba logistykę uprawiać! Każde wyjście, głupi spacer, o wyjeździe nie wspominając… I rozumiem, że jako matka jedynaka mogę rozważać tylko teoretycznie, ale o ile rozumiem, że łatwiej jest się ogarnąć z dwójką dzieci, bo człowiek doświadczony po pierwszym, już nie taki żółtodziób, o tyle czasu poświęcać trzeba im więcej. Chorują wszystkie – więcej roboty. Wyjdzie jedno z Tatą/Dziadkami/Ciocią, to drugie, albo trzecie zostaje w domu. Gdzie tutaj czas dla siebie? Nikt mi nie wmówi, że trójkę lepiej mieć niż jedno, bo nie uwierzę w to! Never!
Być może się mylę. Nigdy tego nie sprawdzimy ;o), ale naprawdę mam to gdzieś. Mój czas jest dla mnie ważniejszy, niż gromadka dzieci. Mam już jedno. I jest idealne. Wspaniały, wesoły, cudowny Mały Chłopczyk, którego kocham nad życie i nie zamierzam się tą miłością z nikim dzielić.
Myślałam tylko, że czasy się trochę zmieniły. Że nie muszę być otoczona wianuszkiem dzieci, żeby moje rówieśniczki uznały, że jest ok. Te dziwne spojrzenia przy piaskownicy… No trudno :o) Będę się musiała do tego przyzwyczaić.


  • RSS