Nie wiem, czy to kwestia nowego stylu w zasypianiu, wieku, czy też „bo tak!”, ale Młode zaczęło przesypiać noce. Same dobre wieści z frontu ostatnio. Nie mogę się nadziwić, jaki ten mój Chłopczyk jest już duży. Zmienia się dosłownie z dnia na dzień i nie przestaje mnie zadziwiać nowym słownictwem albo zachowaniem. Niestety nie zawsze pozytywnie.
Zaczyna nam się powoli bunt dwulatka i wiem, że powinnam po prostu to przeżyć, bo nic się na to nie poradzi. Poza żelazną dyscypliną niewiele można zrobić. Tylko, że czasem… czasem brakuje mi cierpliwości. Kiedy jestem zmęczona i mam dość ciągłego powtarzania: „No chodź!”, „Idziemy!”. A potrafię to mówić po 100 razy podczas jednego spaceru, a Dziecinka akurat ma ambicje iść w kompletnie inną stronę.

Pomyślelibyście, że jak zaczął przesypiać noce (myślę, że możemy się już pokusić o takie stwierdzenie, skoro w ciągu minionego tygodnia Potomstwo przespało 4 noce, w tym dwie pod rząd.), to jestem bardziej wypoczęta? Nic bardziej mylnego. Ostatnio jestem tak wykończona, że padam o 22. Dzisiaj jest wyjątek, że jeszcze jestem na nogach, ale ledwo patrzę na oczy. Najchętniej, to kładłabym się zaraz po A., ale nie mogę, bo coś trzeba jeszcze z tego życia mieć dla siebie. A poza tym znowu przyszła mi wena na książki i staram się ile sił czytać w każdej wolnej chwili.

Oczywiście, skoro się dzisiaj pochwaliłam, jakiego mam grzecznego Synka, nastawiam się na co najmniej dwie pobudki w nocy.

Senk ju.
End gud najt.