Ostatniw wieczór w roku, a ja jak na starą stetryczałą babę przystało spędzam go w domu z kubkiem herbaty w ręku. Powód? Niekoniecznie śpiący słodko za ścianą trzylatek. Raczej choroba, która trzyma mnie od dwóch tygodni i nie ustaje w nowych pomysłach, jak mnie jeszcze podręczyć. A do pracy w poniedziałek już pójść muszę ;-/
Choroba to jeden powód, a drugim jest najzwyklejsze w świecie lenistwo. Na samą myśl, że miałabym dzisiaj wbijać się w jakąś sukienkę i wychodzić do ludzi, ba! Brylować wśród nich ;o) – mnie mdli i chce mi się płakać.

Posiedzę więc sobie cichutko w domu i postaram się wywyietrzyć odór spalenizny, który narobiłam testując nowe przekąski z mikrofali. 15 sekund a robi taką kolosalną różnicę, że kłęby czarnego demur buchały z kuchenki :D Zadziwiająco oporne do wywietrzenia…