kafela blog

Twój nowy blog

needy baby greedy baby

Brak komentarzy

‚Mama!”, „mamo!”, „MAAAAAAMOOOOOO!”. I tak w kółko i kółko. Słyszę to słowo milion razy dziennie. A raz przysięgam, że Młody wypowiadał je co chwilę przez bite pół godziny. Można szału dostać.
Nie mogę uwierzyć, że kiedyś to słowo tak bardzo mnie cieszyło. Nie mogłam się doczekać aż A. je wypowie, a teraz? Nadużywa go zdecydowanie.

Przy przytomnym A. mam okazję czytać książkę po pół strony. Co pół strony muszę gdzieś iść, albo słuchać wiecznego wołania „mama”. Nie muszę mówić, że tak się nie da czytać jakiejkolwiek książki, a co dopiero kryminałów.

Ostatnio zrobił się bardzo wymagającym dzieckiem. Ciągle chce, żeby się z nim bawić. Zaczynam odczuwać konsekwencje swojej decyzji o nie posiadaniu większej ilości potomstwa. We dwójkę mieliby szanse się bawić, a tak, to musi mamusia :o/

goodie but oldie

Brak komentarzy

Minęłam się ze starym znajomym. Takim, z którym nie widziałam się już parę lat. Poznałam go w ostatniej chwili, on mnie nie i poszedł dalej. Zaczęłam się zastanawiać ile razy zdarzało nam się mijać ludzi, którzy kiedyś byli nam bliscy, może najbliżsi, nawet ich nie zauważając. Każde idzie w swoją stronę. Smutne.

Podobnie jak spotkania „po latach”, które często są odgrzewanym kotletem, próbą obudzenia tego, co kiedyś nas łączyło. A łączyły przegadane dnie i noce, litry wypitej kawy i alkoholu, wylanych łez, wyrzuconych żalów oraz tony śmiechu. Brzmi tandetnie, wiem, ale tak było. Natomiast przy spotkaniu brakuje już tej magii i zostaje tylko nostalgia i łezka w oku za czasami, które minęły i już nie wrócą. Wiadomo, będą inni ludzie, ale to już nie będzie to samo.

Eeny meeny miny moe

Brak komentarzy

Kiedyś usłyszałam, że posiadanie dzieci jest jak noszenie serca na wierzchu. I to prawda. Nigdy człowiek nie jest tak bezbronny, jak z dzieckiem. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy ich nie mają, bo strach przed utratą/krzywdą dziecka jest największym jaki może spotkać człowieka…
… Tak wielki, że sama świadomość, że myślę, że mogłoby go nie być sprawia, ze boję się, czy nie kuszę losu i zaczynam mieć wyrzuty sumienia.

Rozpoczęliśmy sezon basenowy. I nie mam na myśli tego, że Chłopaki zaczęli chodzić na basen co tydzień i świetnie się przy tym bawią (Tak świetnie, że ostatnio A. do mnie podbiegł przed wyjściem, i powiedział, że nie mogę iść z nimi! Powinnam czuć się smutno, ale byłam wniebowzięta :D). Mam na myśli sezon balkonowo-basenowy. Zakupiony został nowy basen, z rampą do zjeżdżania dla samochodów, w chwytliwym czerwonym.
Jutro drugie przedstawienie w teatrze IMKA. Na dzień Mamy i Taty. Młody zaczyna mieć już takie doświadczenie, że jak tak dalej pójdzie za rok będzie grał lepiej, niż Karolak ;o)
A w niedzielę pierwsza impreza urodzinowa. Oficjalna. Nie Adasia – obviously, ale jego koleżanki z przedszkola. Będzie fajnie!

Nienawidzę. NIE-NA-WI-DZĘ (!!!) drzemek A. Nie znoszę reżimu położenia go na drzemkę wcześniej, tak samo jak stresu jeśli nie zasypia do 14. Dzisiaj jest właśnie taki dzień. od 12:30 próbuję go położyć, ale widzę, że jemu się spać nie chce. Natomiast zmuszanie dziecka do zaśnięcia wpędza mnie w największy stres jaki odczuwam będąc matką. Bo jak nie zaśnie do 14 i dam sobie spokój, to potem padnie o 17, pośpi do 19 i noc będzie z głowy. Do 1 w nocy będzie latanie. A padnie o 17 na pewno, bo A. jest wielkim śpiochem i jeszcze drzemek potrzebuje.
Wiem, że nie powinnam się tak stresować, ale spanie generalnie jest w naszej sytuacji problemem, bo A. jest sową po mnie i lubi późno kłaść się spać i późno wstawać, a powinien wcześniej.
Nie pomaga fakt, że M. nie bardzo uczestniczy w usypianiu syna i tak naprawdę cała odpowiedzialność za sen naszego dziecka spada na mnie, co dodatkowo mnie frustruje (to i fakt, że jemu usypianie A. idzie o niebo lepiej niż mnie), bo naprawdę chciałabym mieć od czasu do czasu spokojny wieczór dla siebie. Albo żeby chociaż popracować spokojnie. Wcześniej zacząć, wcześniej skończyć i też położyć się jak człowiek.

Nie wiem ile jeszcze drzemkowego czasu przed nami, mam nadzieję, że niewiele. Cieszy mnie natomiast jedna rzecz, a mianowicie to, że jest coraz cieplej na dworze i będę go mogła wykończyć na porannym spacerze.

Rozpoczęliśmy nową erę. Erę „DLACZEGO?”. Pytanie jest zadawane często i w każdej sytuacji. Nawet w sytuacjach, kiedy pielucha jest pełna (i nie chodzi o nr 1). Trzeba wszystko dokładnie Maluchowi wytłumaczyć. Jak to się dzieje, że dzieje się coś takiego. Po kolei. Nie zawsze wystarcza cierpliwości.
Może nadszedł czas na Małą książkę o kupie?

Dzisiaj (nie licząc weekendu) jest też mój ostatni dzień na urlopie. I będzie najbardziej pracowity, bo jedną gównianą rzecz muszę zrobić do końca dnia. Zobowiązałam się i dłużej przed tym nie uciekne. A nie chce mi się!
Do pracy wracać też!

Kocham mojego Syna nad życie, ale załamuje mnie sposób odpoczywania przy nim. Co usiądę:
„Mamo, piciu!”, „mamo, pupa!”, „mamo, oć!”, „mamo, trzemy nochala?”. I tak w kółko. Przysiady mam opanowane do perfekcji. Czasami wydaje mi się, że specjalnie czeka aż usiądę z ciężkim stęknięciem, żeby wyjść z nowym żądaniem. I nie, że tata. Nie. To musi być koniecznie mama. Jak tata, to awantura straszliwa. Taki mamy teraz fajny okres.

Dodatowko musimy dzisiaj znowu pojechać do lekarza na pogotowie. Terminów nadal nie ma, a Młode zaczyna kaszleć coraz bardziej. Z tym, że w przyszłym tygodniu już nie będę z nim ewentualnie siedziała w domu. Małżonek będzie to robił. Ja mam wizytację zagraniczną i zamykanie miesiąca się zaczyna.

Dziecina mi się rozchorowała. Trzy godziny spędzone na pogotowiu w niedzielny wieczór, to rzecz godna odnotowania. Nie wyobrażałam sobie, że moglibyśmy spędzić ten czas lepiej. Niech żyje prywatna opieka medyczna! M. trochę się wkurzał, ze jestem nadwrażliwa, ale skończyło się na tym, że nie wiadomo, czy to ospa, czy bostonka (raczej żadna z powyższych). Za to afty w ustach i temperatura z tradycyjnym glutem do pasa zrobiły robotę. I tak będziemy się kisić w domu co najmniej tydzień bez możliwości wyjścia nawet na głupi spacer, żeby nie wywołać epidemii. Na szczęście mam jutro babski wieczór, bo nie wiem, czy wytrzymałabym nerwowo. Mam nadzieję, ze od środy zacznie się przyjemniejsza część, bo Młodemu już się zagoi to i owo…
… i, że nie okaże się to jednak jakimś zaraźliwym paskudztwem…

Żeby nie było Młodzież spała dzisiaj do 18, więc jeszcze próbuje negocjować i nie spać. Po odsiedzeniu swojej godziny w łózeczku zostałam wymieniona przez Małżonka. Nie wiem, gdzie się podziały te wieczory dla siebie. Bardzo mi ich brakuje. I mimo, iż A. jest coraz fajniejszy, bardziej ogarnięty i da się z nim zrobić coraz więcej fajnych rzeczy, to brakuje mi tego czasu, kiedy mogłabym po prostu usiąść z książką i odpocząć. I nie musieć!!!

zima

1 komentarz

Nie wiem, kiedy mi styczeń zleciał. Zaraz będzie wiosna, zrobi się ciepło, będzie można z Młodym porobić coś więcej niż tylko siedzenie w domu bądź jeżdżenie w kulki. Zaczniemy chodzić na basen. Młode przestanie chorować. Będzie fajnie!

Dopadają mnie jakieś egzystencjalne przemyślenia, ale nic, czym warto by było zapełniać przestrzeń blogową.
Marzy mi sie jakaś zmiana.
Biorę niedługo urlop.

Dzisiaj odbywają się próby generalne przed Sylwestrem. Nie tylko wkoło rozlegają się fajerwerki (tak, nawet o 1 w nocy, bo czemu nie!), ale moi sąsiedzi z dołu postanowili urządzić przedsylwestrowy rehersal. Są krzyki na balkonie i gwar. Czekam na robijane butelki. Ciekawe, co będzie jutro. Balety na mieście, czy w podobnym składzie imprezom domowym nie będzie końca?
Interesuje mnie to żywo, gdyż zostajemy z Młodym w domu. Jest plan, żeby Mu pokazać fajerwerki po raz pierwszy. Po raz pierwszy również nie będę Go usypiała przed 24, co pewnie skończy się tym, że zaśnie sam o 22… Tak…? Czy to zbyt piękne? :o))))
Jakby mu się tak (daj boże) zdarzyło, to myślę, że jakoś byśmy sobie poradzili z resztą wieczoru :o);o) Nigdzie nie wychodzimy, ponieważ większość ludzi, z którymi moglibyśmy spędzić ten wieczór ma zbyt małe dzieci żeby imprezować, a poza wszystkim innym… Nie chce nam się. Ciekawa jestem, kiedy mi się zachce… Bo od paru lat raczej z tym kiepsko.

przedświątecznie.

Brak komentarzy

Dzisiaj odbyło się Bożonarodzeniowe Przedstawienie Przedszkolaków z Omegi, w teatrze IMKA. Było pięknie, wzruszająco, a ja pękałam z dumy, bo moja Latorośl, jako jedna z niewielu (najmłodszych) nie była onieśmielona i przytłoczona światłami i widownią, tylko robiła swoje, czyli uczestniczyła w przedstawieniu. Był Reniferem. Dzwonił dzwonkiem, kiedy było trzeba, skakał i sam sobie bił brawo, bo wiadomo, że człowiek sam siebie docenić musi. Pojechaliśmy potem na zakupy, na których to A. miał swój kolejny pierwszy raz, otóż zjadł frytki z McDonalda (w myśl zdrowego żywienia dzieci).

Przyszły tydzień będzie decydujący jeśli chodzi o nasza najbliższą przyszłość ( a kto wie, może i długoterminową) i przyznaję, że się bardzo denerwuję. Wpłynie to cholernie na nasze święta, więc chciałabym, żeby wszystko było ok, żebyśmy sobie mogli spokojnie świętować w czterogwiazdkowym apartamencie, gdzie przez trzy dni nie będę musiała kompletnie martwić się karmieniem głodomorów, sprzątaniem i innymi przyziemnymi sprawami. Tylko odpoczynek, relaks, dobre jedzenie i basen. Nie zapominając o prezentach, ale to już mniejsza sprawa.


  • RSS